To co, autoryzujemy ten wywiad?

Reklama

Oczywiście. Jak zawsze zresztą, bo rozmawiamy chyba już trzeci raz?

Będzie pan zmieniał moje pytania, ubarwiał swoje wypowiedzi?

Znamy się od 20 lat, pracowaliśmy biurko w biurko, jesteśmy po imieniu, wie pani, że nie robię takich rzeczy…

Kandyduje pan na urząd prezydenta.

To jest fascynujące, że nagle wszyscy po 20 latach znajomości musimy przechodzić na pan, pani. Proszę zdecydować. Wywiad może być na ty, może być na pan. Wszyscy wiedzą, że ze mną nie ma żadnych problemów.

Tak pan o sobie myśli?

Proszę mi wymienić kogoś, kto ma ze mną jakiś problem.

No dobrze, to jeszcze raz: będzie pan zmieniał moje pytania, ubarwiał wypowiedzi?

Dwie dekady robiłem w słowie pisanym, proszę wybaczyć, ale zawsze dbam o nie jeszcze bardziej niż o formę mówioną. Nie demonizowałbym procesu autoryzacji.

Ja też od 20 lat w tym robię i wiem, że politycy chcieliby, by ich wypowiedzi pełne były złotych myśli. O panu też mówię.

Troszczę się o kulturę wypowiedzi, precyzję, jakość debaty publicznej.

Po co ta ironia?

To nie ironia. Dlaczego nie chcesz, wróć, nie chce pani pozwolić ludziom być lepszymi, nie chce pani pozwalać im zmieniać świata na lepsze.

Reklama

Ta rozmowa zostanie uznana za niepoważną.

Spróbujmy poważnie.

Pan chciał kiedyś zawierzyć życie Bogu.

Dwukrotnie byłem w nowicjacie u dominikanów i dwukrotnie z niego występowałem. Raz przez dość poważną chorobę, drugi raz, bo zrozumiałem, że to nie jest miejsce dla mnie, że nie nadaję się do życia w strukturze, w której wszystko jest na dzwonek, a rytm dnia wyznacza seria sygnałów, po których trzeba precyzyjnie wykonać pewne czynności. Zawsze gdy o tym mówię, chciałbym opowiedzieć jakieś krwiste historie, o kryzysie, zwątpieniu, no ale nie mam co opowiadać. Jak czasem mawiają u mojej żony w wojsku: „podstawą zarządzania jest zmiana decyzji”. Od czasu nowicjatu zdarzyło mi się jeszcze kilka zawierzeń, decyzji, wyborów.

Chyba jednak nie ma co porównywać.

Oczywiście, że to różne poziomy, ale rodzina to też zawierzenie siebie komuś. Moja działalność w dwóch fundacjach, w których nadal ratujemy 40 tys. ludzi rocznie, to też jakiś rodzaj zawierzenia swojego życia drodze, która nas prowadzi. Rozumiem, że dla niektórych to może być tylko notatka w KRS, ale dla mnie to była zmiana życia.

Teraz pan postanowił zawierzyć życie ojczyźnie.

Ta decyzja jest na pewno czymś więcej niż pomysłem na rozwój kariery, na kolejne wyzwanie czy pracę.

Dlatego o to pytam. Jest podobna do decyzji z młodości?

Bóg to Bóg.

Oddanie, poświęcenie – o to pytam.

Jest w tym coś. Myślę, że wspólnym mianownikiem jest służba i ryzyko z nią związane. Sytuacja jest prosta – jeśli moi kontrkandydaci nie wygrają wyborów prezydenckich, to dalej będą marszałkiniami Sejmu, posłami, europosłami. Nic im się tak naprawdę nie stanie.

A pan nie wróci do TVN.

Zaryzykowałem wszystko. Nie chciałbym dodawać do tego jakiegoś męczeńskiego patosu, że się tak strasznie poświęciłem, bo ja naprawdę wierzę w sens służby, w robotę, która jest do zrobienia. Już to publicznie powiedziałem, ale powtórzę: w momencie zaprzysiężenia prezydent bierze ślub z konstytucją. I traktuję to poważnie. Jeśli biorę ślub, to wolałbym nie być skłonny do zdrad, testowania różnych rozwiązań na boku.

„Wolałbym nie być skłonny” – jaki to jest zachowawczy język.

Raczej kwiecisty. Próbuję go okiełznać. Powiem wprost: jeśli się przysięga, to się nie zdradza.

CZYTAJ WIĘCEJ W WEEKENDOWYM WYDANIU "DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ" >>>>