Nikt tego jeszcze nie nazwał. Nikt nie wykopał rowów, ale podskórnie czujemy, że ceremonie żałobne płynnie przeistaczają się w kampanię wyborczą. Spór o prezydenturę staje się
sporem o mit katyński. Rozciągnięty na tragedię smoleńską kanalizuje dwa największe nurty na scenie politycznej. Obydwa mocno osadzone w symbolice i odległe od rzeczywistych problemów
wyborców.
Z jednej strony patos, cierpienie i poczucie krzywd podszyte teoriami spiskowymi o czarnych siłach, które doprowadziły do katastrofy. Z drugiej strony twardy realizm odmawiający Lechowi
Kaczyńskiemu zasług i prawa do miejsca na Wawelu. A w tle insynuacje o politycznej brawurze i szafowaniu życiem niewinnych ludzi na pokładzie.
Dwa różne obozy. Różne stosunkiem do państwa, do myślenia o historii, o świecie. O służbie zdrowia, o emeryturach, prywatyzacji, bankowości i strefie euro. Różne całym swoim
polityczno-gospodarczym DNA. Tymczasem w kampanii wyborczej przyjdzie nam rozstrzygać wirtualny konflikt o prawo do bycia patriotą, o prawo do mitu katyńskiego i schedę po męczeństwie kolejnych
pokoleń Polaków.
Partię będą konsolidować swoje zaplecze wokół fałszywie postawionych problemów. Wyborców połączy nie tyle wspólna ideologia czy stosunek do reform, ale czysta semantyka. Politycznie
określa nas zwroty. Czy "prezydent poległ", jak proponuje część publicystów, czy - jak natychmiast ich poprawiają inni - "zginął w katastrofie". Czy to
było zrządzenie losu i niestosowanie się do procedur? Czy za tragedią stały siły wyższe, które złożyły prezydencką parę w ofierze naprawy polsko-rosyjskich stosunków? Uświadomiły
naszą wyjątkowość i prawdę, która była po stronie wyszydzanego niegdyś prezydenta.
Czy na uroczystościach pogrzebowych były "nieprzebrane tłumy pogrążonych w smutku rodaków" czy "mniej ludzi, niż spodziewali się tego
organizatorzy"?
Powiedz mi, co się stało pod Smoleńskiem, a powiem ci, na kogo będziesz głosował w wyborach prezydenckich. To wybór, jaki mogą wytyczyć nam sztaby wyborcze. Konsekwentnie podsycany przez
publicystów.
Czy w atmosferze tragedii można w ogóle myśleć o kampanii wyborczej, która wzbija się ponad spektakl gestów, symboli i wzajemnych insynuacji? A może inaczej - czy politycy zechcą innej
kampanii? Może bezpieczniej czują się w tym emocjonalnym koglu-moglu, gdzie nie muszą opowiadać się za czy przeciw trudnym decyzjom społeczno-gospodarczym. Tu są tylko patriotami, romantykami
albo liberałami, pozytywistami. Może to bardziej chwytliwe, może łatwiejsze na czas kampanii. Może. My nie przestaniemy jednak pytać i drążyć, jakie decyzje kryją się pod tą grą
symboli.