PiS w sobotę zamanifestował swoją zwartość i spoistość, a także udowodnił, że ma silne przywództwo.

Reklama

To pozytywny sygnał, bo przez lata chorobą polskiej prawicy była wielka ilość przywódców przy małej liczbie członków ugrupowań. Decentralizacja czy pojawienie się mocnych konkurentów wobec Jarosława Kaczyńskiego, co groziłoby rozpadem, nie byłoby dobre nie tylko dla PiS, ale i dla całej polskiej sceny politycznej. Mogłoby zachwiać kształtującym się w Polsce systemem partyjnym, który wreszcie może osiągnąć tak potrzebną stabilność. Czas kanapowych partyjek powinniśmy pozostawić za sobą.

Po kongresie Jarosław Kaczyński może się czuć wzmocniony, to spotkanie dało mu mocną pozycję w rozmowie ze "zbuntowanymi". Być może jest to potrzebne dla skutecznego wygaszenia konfliktu - gdyby prezes już wcześniej dopuścił ostrą krytykę do głosu w wewnątrzpartyjnej dyskusji, PiS wyszedłby z tej bitwy osłabiony i rozbity, a przywództwo stałoby się mniej lub bardziej fikcyjne.

Słusznie więc puszcza Jarosław Kaczyński mimo uszu zarzuty o wodzowskim stylu kierowania partią - w każdej chcącej się liczyć partii potrzeba silnego lidera. Podobnie jest także w zachodniej Europie: przypomnijmy sobie, jak silne przywództwo w SPD sprawował Gerhard Schroeder czy w Labour Party Tony Blair, a teraz w CDU Angela Merkel. Trudno zarzucać liderowi, że jest liderem, zwłaszcza jeśli to lider skuteczny. Jak powiedział były minister obrony Aleksander Szczygło: Jarosław Kaczyński jest kwintesencją PiS. Nie widać kandydata z podobną charyzmą, który mógłby go w tej roli zastąpić. I trudno mieć o to pretensje do niego. Jeżeli więc zgodzimy się, że PiS wymaga refleksji programowej i zmiany strategii, to warto dodać, że należy tego dokonać z Kaczyńskim i pod jego przywództwem, a nie przeciwko niemu.

Kongres zamyka trudny okres powyborczych rozczarowań w PiS. Dobrze byłoby jednak, aby stał się pierwszym krokiem w kierunku budowania nowej strategii. Kolejnym - już zapowiedzianym - niech będzie rozważna, merytoryczna rozmowa z "trzema rozłamowcami" - Ujazdowskim, Dornem i Zalewskim. Trzeba sobie bowiem zdawać sprawę, że są oni politykami bardzo w PiS potrzebnymi, zwłaszcza jeżeli na poważnie traktować zapowiedzi otwarcia się na elektorat inny niż ten prowincjonalny i tradycjonalistyczny. Wszyscy trzej są bardzo wybitnymi, inteligentnymi i zasłużonymi politykami. Tyle że konflikt między prezesem PiS a nimi wybuchł w niefortunnym momencie powyborczych rozliczeń i w dużym stopniu okazał się sporem personalnym. Mam nadzieję, że Jarosław Kaczyński właściwie wykorzysta wzmocnienie swej pozycji i będzie się teraz starał przekonać Ludwika Dorna, Kazimierza Ujazdowskiego i Pawła Zalewskiego, by pozostali w partii. Tym bardziej, że Kaczyński w swoim przemówieniu dał sygnał świadczący o tym, że podziela co najmniej niektóre ich poglądy co do kierunku, w jakim powinna iść partia: konieczność otwarcia się na elektorat ludzi młodych, zamieszkujących wielkie miasta, na inteligencję.

Po sobotnim kongresie powinien też przyjść czas na refleksję programową i szczegółową diagnozę. Pojawiają się głosy o zaproszeniu do współpracy grup eksperckich i powołaniu gremiów, w których mogłaby się toczyć głębsza dyskusja. Ich praca może się okazać dobrym fundamentem dla dyskusji na zapowiadanym zjeździe programowym. Obowiązkiem partii opozycyjnej jest bowiem wyznaczenie jasnego programu i rzetelne przygotowanie się do kolejnych wyborów i - w razie zwycięstwa - do skutecznego rządzenia. Mam nadzieję, że praca programowa stanie się dominującą tendencją w PiS w miejsce sztucznie rozdmuchiwanego przez media sporu w gronie jego kierownictwa. W końcu do dziś nie dowiedzieliśmy się nawet, czy w tym konflikcie chodziło o jakiekolwiek kwestie merytoryczne, czy też rozgrywał się on jedynie w sferze ambicji i dotyczył tylko spraw czysto organizacyjnych.

Sobotni partyjny zjazd potwierdził, że - na przekór wielu komentatorom i "doradcom"- PiS pozostanie PiSem. Projekt IV Rzeczpospolitej jest wciąż aktualny. Szanse na jego realizację zależą jednak oczywiście od wyborców, a więc także od tego, jak będzie odbierany rząd PO. Jan Rokita w Fundacji Batorego powiedział ostatnio, że chęć reform, bardzo silna jeszcze trzy lata temu, w dużym stopniu zanikła w społeczeństwie, a szansa na rzeczywistą zmianę została zmarnowana; nadszedł zaś "czas miłości". W gruncie rzeczy jest to czas schlebiającego masowym gustom populizmu, wykorzystującego osłabnięcie nastrojów proreformatorskich. Wbrew powszechnej opinii trzeba stwierdzić, że cechą charakterystyczną rządów PiS był ich niepopulistyczny charakter, odrzucenie populizmu tak charakterystycznego dla III RP, na przykład dla Aleksandra Kwaśniewskiego. Problemem braci Kaczyńskich jest wręcz niezdolność do zachowań populistycznych, pochlebianiu wpływowym grupom, budowaniu wizerunku medialnego, graniu na nastrojach w celu uzyskania taniej popularności.

Polityka Platformy Obywatelskiej pokaże, jak daleko na "populizmie miłości" można zajść. Nie wróżę jej sukcesu. Ale wydaje się, że jest to droga, którą PO zamierza teraz podążać, o czym świadczą także przesunięcia wewnątrz partii. Wokół rezygnacji trzech wiceprezesów PiS zrobiono wielki szum, tymczasem w partii rządzącej zachodzą nie mniej interesujące procesy: znika nadzieja na powrót Jana Rokity, do łask wraca zaś np. - wydawało się zupełnie odstawiony na boczny tor - Janusz Palikot. Tak więc jak PiS w minionych dwóch latach poszedł zdecydowanie na prawo, wzmacniając w swojej tożsamości związek z tradycyjnym katolicyzmem i polską prowincją, tak PO poszła i nadal idzie w lewo i odwracając się od hasła głębokich reform, pozbywając się Rokity z jego "szarpnięciem cugli", Macieja Płażyńskiego czy Pawła Śpiewaka z hasłem "IV RP". Ta tendencja będzie się zapewne wzmacniać. I to byłaby szansa dla PiS, aby odzyskać środek sceny politycznej i wyprofilować się jako jedyna siła polityczna dążąca do zasadniczych reform państwa.