Czy zatem Kaczyński zmierza prostą drogą ku katastrofie? To już nie jest dla mnie tak oczywiste. Moim zdaniem szef PiS robi bowiem dokładnie to samo, co wcześniej uczynił dzisiejszy triumfator sceny politycznej - Donald Tusk.

To prawda, że Kaczyński działa szybciej, brutalniej, że unika skomplikowanych gierek i wali dawnym towarzyszom między oczy zamiast czekać jak Tusk, aż poślizną się w wannie - jak to celnie ujął Piotr Zaremba. Ale istota sprawy, proces oligarchizacji partii, tworzenia czegoś w rodzaju zamkniętego dworu wokół lidera, jest taka sama. Warto przypomnieć. Lider PO najpierw pozbył się konkurencji wewnętrznej (Płażyński, Olechowski, Rokita) i zgromadził całą partyjną władzę we własnych rękach. Potem dopiero rozpoczął ściąganie do partii wielkich i popularnych nazwisk jak Pitera, Sikorski, Marcinkiewicz. Ale już na zupełnie innych zasadach. Każdy z nowych działaczy jest już bowiem tylko klientem Tuska, politykiem zdanym na jego łaskę i niełaskę, zależnym od woli lidera. I nawet jeśli jest ministrem, to musi pamiętać, i pewnie pamięta, że przyszedł w momencie, gdy Tusk już był wielki. W momencie konfliktu będzie skończony.

Na sobotnim kongresie na tę samą drogę wkroczył prezes PiS. Słuchał jak klaskali i było mu obojętne, kto klaszcze, bo osobiście słyszał, że jest ich tam wystarczająco wielu, by reporterzy mogli relacjonować o „rzęsistych brawach”. Widział gorzkie listy zbuntowanych byłych wiceprezesów, ale ani na chwilę nie przejął się faktem, że jest wśród nich wieloletni najbliższy współpracownik Ludwik Dorn. Co mu bowiem po Dornie nadal zasłużonym, ale już wątpiącym?

Zresztą to Dorn pierwszy dostrzegł plan swojego prezesa i pierwszy zaczął mówić o fascynacji Kaczyńskiego drogą Tuska. I pierwszy zrozumiał, że w tej logice nie ma miejsca na starych i zasłużonych działaczy. Wtedy brzmiało to jak fantasmagorie, ale dziś okazuje się czystą prawdą.

Kolejne ruchy Kaczyńskiego możemy więc przewidzieć. Dokończy, pewnie najszybciej, jak będzie mógł, by szybko zakończyć medialną gorączkę, czyszczenie PiS z opozycji wewnętrznej. Nikogo nie będzie żałował, nikogo nie oszczędzi. Może Dorn, jeśli zechce, ocaleje, ale za cenę całkowitej marginalizacji i upokorzenia. A potem Kaczyński rozpocznie marsz w kierunkach wyznaczonych na sobotnim kongresie: szukanie nowego języka, nowych haseł, nowych ludzi. Zrobi wszystko by powstało to, co nazwał szerokim frontem. Nikt dzisiaj jeszcze nie wie, kto do niego dołączy. Który profesor? Jaki działacz społeczny? Jakie młode wilki? Może nawet niektórzy sfrustrowani działacze PO? Ciężko mu będzie, ale nie przesadzajmy - PiS to druga partia w Sejmie, ma prezydenta, ma struktury i dla wszystkich niemieszczących się w PO to jest jednak atrakcyjna oferta. Za rok, dwa możemy partii Kaczyńskiego nie poznać. Zwłaszcza że w polskiej polityce wszyscy mają krótką pamięć. Skoro Tusk mógł porzucić liberalne dogmaty gospodarcze, to i Kaczyński może sięgnąć po nowe hasła. Nie zapominajmy też, że ma w swoich rękach klucz do budżetowych pieniędzy. A to sporo znaczy. Przede wszystkim nikłe szanse konkurentów na zbudowanie czegokolwiek nowego.

To wszystko przesłanki, na podstawie których doradzam, by jednak się nie śmiać, gdy pogrążony w kryzysie Kaczyński mówi o zwycięstwie w kolejnych wyborach.

I tylko jedno trzeba dodać. Nawet jeśli wygra, to już nie jako autor wielkiego, szerokiego projektu politycznego o nazwie IV RP. Po prostu jako partyjny lider, który dzięki własnej sprawności zmienia zużytych władzą poprzedników.