Wielkie wrażenie zrobiło na mnie podziękowanie papieża Panu Bogu za wolność i demokratyczne przemiany zachodzące w Polsce. Niezwykle ważne były słowa Ojca
Świętego dotyczące Unii Europejskiej i zapewnienie, że integracja Polski ze wspólnotą europejską od początku była wspierana przez Stolicę Apostolską. To był bardzo istotny głos w
konkretnym kontekście politycznym, który wsparł nasze wysiłki na rzecz przystąpienia do struktur unijnych. Na pewno odbierał on argumenty eurosceptykom. Pamiętam też papieski apel, aby w
życiu publicznym kierować się dobrem wspólnym i oprzeć politykę o wartości.
Politycy korzystają z nauczania Jana Pawła II w takim samym stopniu jak inne grupy, np. dziennikarze, prawnicy czy lekarze. Tego nie da się wprost udowodnić, ale jeśli ktoś głęboko przeżywa
słowa Jana Pawła II, ma do papieża indywidualny stosunek, to na pewno przekłada się to na jego działalność publiczną. Można wprost udowodnić wpływ nauczania naszego papieża na wiele
środowisk politycznych w kwestii integracji Polski z Unią. Także świadomość tego, że polityk nie może zapominać o ludziach słabych i potrzebujących kosztem bogatych wywodzę właśnie z
nauczania Jana Pawła II.
Byłoby to nadużycie, bo Ojciec Święty nauczał jako głowa Kościoła, a nie jako polityk wskazujący konkretne rozwiązania. Według mnie poza jednym przypadkiem związanym z Unią Europejską,
Ojciec Święty nie wypowiadał się na temat konkretnych rozwiązań. Ubolewam, że niektórzy nasi politycy wykorzystywali Jana Pawła II do rozgrywek politycznych. Na szczęście nie ma ich już w
parlamencie.
To są takie poselskie akty strzeliste. Takich inicjatyw jest więcej, np. przeżywanie wspólnie z Litwinami tradycji Konstytucji 3 maja, o której z dumą wspominał w Sejmie Ojciec Święty. Ja
jednak byłbym bardzo ostrożny w udowadnianiu, że ktoś w praktyce politycznej realizuje – albo nie – wskazania Jana Pawła II, bo uważam, że papież nie dawał wskazówek
politycznych. Każdy po swojemu rozumie i przeżywa te nauki.
Przestrzegałbym przed prostą próbą przeniesienia działania na rzecz dobra jakiegoś konkretnego środowiska jako swoistego zakazu działania na rzecz dobra własnego. Chodzi o zachowanie
proporcji, aby zabiegi o interes grupowy nie były w kolizji z interesem całego społeczeństwa czy narodu. Jeśli chodzi o realizację dobra wspólnego polscy politycy nie są gorsi niż w innych
krajach. Nie zawsze interes grupy zawodowej, religijnej czy nawet politycznej jest sprzeczny z dobrem wspólnym, ale też nie zawsze jest z nim w zgodzie.
Rolą biskupów jest apelowanie o dobro wspólne, jednak w praktyce okazuje się to trudno definiowalne. W wielu kwestiach biskupi mają rozbieżne opinie i oczekiwania, więc nie powinniśmy się
dziwić, że z takim trudem przychodzi to politykom, którzy z natury wyrażają poglądy części społeczeństwa, bo ta na nich głosuje, a nie całość.
Można by przecież wskazać inne dziedziny, które powinny być wyjęte z bieżących sporów, np. polityka finansowa, kulturalna czy ekologiczna. Wszystko można próbować wyłączyć ze sporów, tylko pozostanie kłopot z tym, że ludzie mają różne poglądy i interesy. Apele biskupów są szczytne, ale mało realne. W praktyce demokratycznego państwa spór polityczny jest rzeczą normalną, problem zaczyna się wtedy, gdy przyjmuje on charakter walki jednych przeciwko drugim w oderwaniu od jego istoty.
Każdy ma prawo dążyć do dobra wspólnego i je definiować tak jak je rozumie. Ja jednak nie podejmuję się powiedzieć, że to ja, moje ugrupowanie wie najlepiej i ma monopol na decydowanie o
tym, co jest, a co nie jest dobrem wspólnym. To możemy określić na drodze pewnego dyskursu, ale ono nie jest raz na zawsze zdefiniowane. To tak jak polska racja stanu.
Politykę tworzą ludzie, ludzie też wybierają polityków. To jest pytanie o stan moralny polskiego społeczeństwa. Tej oceny nie można zawęzić tylko do polityków. Rzeczywiście był taki
okres, gdy do parlamentu byli wybierani ludzie głoszący populistyczne hasła, często o bardzo radykalnych poglądach. Używali przy tym języka nienawiści i często mieli problemy z prawem. To na
szczęście minęło, choć niewykluczone, że może się powtórzyć. Zgodzę się, że jakość etyczna polskiej polityki nie jest najlepsza, ale na pewno się poprawiła. Środowisk siejących
nienawiść w tej chwili w polskim parlamencie nie ma. Zniknęły też hasła rewolucji moralnej, bo moim zdaniem rewolucja moralna zakończyła swój żywot w hotelowym pokoju pani Beger.
Nie większym niż w innych grupach zawodowych czy w innych krajach. Nie bijemy się jak w Parlamencie Korei, nie strzelamy do siebie jak posłowie w Hiszpanii. Co oczywiście nie znaczy, że nie ma
zjawisk negatywnych, np. używania zbyt ostrych sformułowań czy języka nienawiści.
Jestem jednym z rządzących, więc nie wypada mi wydawać ocen. Jednak powiem, że podzielam w stu procentach punkt widzenia Jana Pawła II, że mamy za co dziękować Opatrzności Bożej, także za
jakość Polski, którą udało sie nam wyrwać z niewoli ku demokracji. Oczywiście musimy stale robić wszystko, aby jak najlepiej tę wolność zagospodarować. Temu m.in. ma służyć ustawowy
zakaz zasiadania w parlamencie ludzi z przeszłością kryminalną. Odpowiedni projekt jest już w lasce marszałkowskiej.
Musimy mieć większą odwagę w myśleniu o fundamentach wartości w sferze polityki. Nie chodzi o tanią egzaltację czy podtekst czysto polityczny, ale o świadome i głębokie przyznawanie się
do świata wartości chrześcijańskich.