O swoje miejsce na politycznej scenie postanowił zawalczyć Dariusz Rosati i jego przyjaciele - przede wszystkim SdPl i niedobitki z dawnej Unii Wolności. Szanse tej inicjatywy - zwanej Porozumieniem dla Przyszłości - nie wydają się być olśniewające. Już z inicjatyw Rosatiego zdążyli się naigrywać Donald Tusk i Jarosław Kaczyński twierdząc, że szanse na karierę ma jego córka aktorka, a nie były minister spraw zagranicznych.

Reklama

Być może prawdziwym celem Rosatiego jest stworzenie środowiska na tyle wartościowego, by mógł negocjować na lepszych warunkach wspólny start z list SLD. To byłoby zupenie racjonalne. Ale też warto przyjrzeć się, jak to Rosati robi, bo na tym przykładzie można zrozumieć, skąd biorą się przewagi i słabości polskich ugrupowań politycznych.

Rosati zgromadził wiele znanych nazwisk - profesorów Środę i Kika, Marka Borowskiego, Janusza Onyszkiewicza, Józefa Piniora. W programowym przemówieniu najpierw zaatakował PiS. Inny mówca grzmiał na o. Tadeusza Rydzyka, Jarosława Kaczyńskiego, Zbigniewa Ziobro - zestawiając ich w jedno jako siłę, która znów może wrócić do władzy. I zagrozić wartościom cennym dla środowiska Rosatiego. To, sądząc po najczęściej używanych słowach, wolność, solidarność, równe szanse, wrażliwość na biedę. Oberwał też IPN i lustracja, a także -w kontekście kryzysu -Platforma Obywatelska.

Ten zestaw pokazuje, że Rosati logicznie wymierzył sobie obszar swojego działania: to teren między Platformą a SLD, tam gdzie resentyment antypisowski i antyprawicowy jest najsilniejszy. Teoretycznie jest w Polsce wielu wyborców, dla których PO jest zbyt prawicowa, a SLD zbyt czerwony. Problem w tym, że ta kalkulacja jest tak logiczna, że aż nierealna. Bo wyborcy chyba bardziej niż racjonalnością kierują się emocjami. A jaką emocję może obudzić Rosati z przyjaciółmi? Antypisowską? Tę zaspokaja Platforma. Antyplatformerską? Od tego jest PiS.

Po prostu okazuje się, że w tworzeniu nurtów politycznych obok kalkulacji potrzeba sporo szaleństwa. Można to nazwać charyzmą liderów, ale nie tylko o to chodzi. Rzecz raczej w czymś w rodzaju politycznego fanatyzmu - takiego, jaki prezentują np. Marek Suski ze strony PiS, a Stefan Niesiołowski ze strony PO. Oglądanie ich występów nie jest wprawdzie estetyczną przyjemnością, ale widz nie ma wątpliwości, że tym ludziom na czymś naprawdę zależy. Na czymś więcej niż tylko osobistej korzyści. A trudno wyobrazić sobie żarliwe tyrady w obronie ideałów Porozumienia dla Przyszłości. I to chyba jest sedno sprawy: tylko autentyczne ruchy polityczne budzą autentyczne emocje.