Te oficjalne argumenty już teraz można wymienić bez trudu. Co inteligentniejsi klakierzy tego rozwiązania przypomną, że już od dawna mówiono o wiosennym terminie wyborów - gdyż daje to czas nowemu rządowi na stworzenie własnego budżetu.
No i co najważniejsze - po milion razy zabrzmi słowo "oszczędność". Usłyszymy jaką to rozrzutnością będzie robić osobno te wszystkie głosowania. Jakie to marnotrawstwo grosza publicznego wydawać na - brrr ohyda - partie polityczne i kandydatów na posłów, radnych i prezydenta. Przygotujmy się na festiwal demagogii i obłudy.
- taką którą politycy szepczą po cichu znajomym dziennikarzom - Jednak, gdy nieuniknione przecież wybory połączy się z spersonalizowaną walką o fotel prezydencki spór o stan gospodarki da się zastąpić debatą o głupich lub skandalicznych wypowiedziach kandydatów, do rozważań kto jest wyższy lub bardziej przystojny, kto będzie lepiej reprezentował Polskę w Europie, a kto jej będzie przynosił wstyd. Do tego dorzućmy wybory samorządowe sprowadzone do podobnego i jeśli chodzi o wybór prezydentów największych miast - np. kto więcej i bardziej błyskotliwie złoży obietnic mieszkańcom stolicy. Czy Hanna Gronkiewicz-Waltz czy Elżbieta Jakubiak (albo Paweł Poncyliusz)? Tu też będzie łatwiej debatować o oprawkach do okularów niż o inwestycjach komunikacyjnych.
Ona prawdopodobnie najwięcej straci na kryzysie, ale i Nie darmo Jacek Kurski przestrzega swoją partię, że jeśli będzie miała zbyt miły wizerunek to reprezentantem niezadowolonych będzie jakaś neo-Samoobrona. Środowiska post-LPR-owskie są ostatnio coraz bardziej aktywne. O. Tadeusz Rydzyk też może zechcieć postawić na nowego konia. W tej sytuacji wyborcza kumulacja - podobnie jak w przypadku PO - posłuży PiS-owi.
Bo w ogólnym zgiełku tysięcy komunikatów - wysyłanych przez wszystkich, od przyszłych radnych po kandydatów do fotela prezydenckiego - najbardziej widoczni będą ci najsilniejsi. Maluchom trudno będzie przebić się przez ten hałas.