Decyzja Jarosława Kaczyńskiego o wystawieniu w nadchodzących wyborach do Parlamentu Europejskiego polityków PiS o najbardziej znanych nazwiskach i najlepiej rozpoznawanych twarzach nie jest niczym dziwnym. Dotychczas Nie od razu deklarował, że otworzy listy wyborcze dla wszystkich. Robił to wszystko, realizując jedynie zamierzenia taktyczne, a nie własne przekonania. Tymczasem oczywistym wydaje się to, że by wygrać wybory do Parlamentu Europejskiego, trzeba mieć dobre i znane nazwiska. A najbardziej znanymi postaciami polityki są przecież ci, którzy regularnie pojawiają się w telewizji. Ci, których w mediach nie ma, choć w pracy parlamentarnej są pracowici jak pszczółki i kompetentni, mają najmniejsze szanse.
Czy takimi znanymi postaciami są Kurski, Mularczyk, Ziobro czy Kowal? Nie wiem. Z przypadku Ziobry jest to Kraków. Czy jednak Jacek Kurski mógłby osiągnąć jakiś szczególnie dobry wynik, tego nie jestem pewna.
Ci, którzy ostatecznie trafią na wysokie miejsca list wyborczych, mają różne motywacje do tego, by zdobyć upragniony mandat. . Chude i postne lata spędzone w szeregach partii opozycyjnej nie są przecież tak atrakcyjne jak pięć tłustych lat w Brukseli.
. Paradoksem jest również to, że prawdopodobnie w tym roku do Parlamentu Europejskiego nie trafią ci, którzy mają do pracy w tym miejscu najlepsze kwalifikacje. Ciekawe jest też, że tzw. celebryci, a więc znane postacie dziennikarstwa i sportu, ostatecznie nie sprawdzili się w rolach polityków i lokomotyw wyborczych. Wyborcy chcą mieć jasność co do tego, z kim mają do czynienia. Jeśli mają wybierać między politykiem zawodowo zajmującym się polityką a amatorem, to wybierają tego pierwszego. Mają pewność, że ma on pojęcie o tym, co robi. Życie dowiodło, że w roli polityków celebryci zupełnie się nie sprawdzili.