Obie homilie pełne były hieratycznego oburzenia na ludzi, którzy w ogóle śmieliby pomyśleć, że świeckie prawo, choćby odrobinę różniące się od doktryny Kościoła, powinno w Polsce regulować kwestię zapłodnienia in vitro - praktyki odbywającej się w naszym kraju od dawna, tyle że w całości w szarej strefie, czy wprowadzić tzw. testament życia, dzięki któremu ciało człowieka, którego mózg dawno umarł, nie byłoby skazane na długą, podtrzymywaną mechanicznie wegetację. Wbrew woli tegoż człowieka (wyrażanej, kiedy jeszcze żył), wbrew woli jego rodziny, wbrew opinii lekarzy.
Zatem „liberalne i
libertyńskie”, jak je nazywają, próby prawnego opisania i uregulowania ludzkich zachowań w momencie poczęcia i śmierci, stają się dla nich wybrykiem przeciwko naturze. Problem w
tym, że poczęcie i śmierć człowieka były pierwszymi momentami ludzkiego życia, które człowiek zaczął regulować właśnie wbrew naturze, która miała zwyczaj pozostawiania przy życiu
przeciętnie jednego noworodka na kilkadziesiąt i uśmiercania ludzi przeciętnie w wieku lat 30. Środki antykoncepcyjne, medycyna okołoporodowa, medycyna przedłużająca życie, coraz
odważniejsze ingerowanie we wszystkie możliwe procesy życiowe - od tysięcy lat są znakiem tego, że człowiek z natury próbuje się wydostać. Że nie jest już zwierzęciem, któremu -
istotnie - życie daje i odbiera wyłącznie natura.
W swoich najlepszych epokach chrześcijaństwo wyprowadzało człowieka ze stanu natury, czasami zbyt daleko, za bardzo wierząc w jego boską iskrę, dobroć i zdolność do samodoskonalenia. Ale
najczęściej wyprowadzając go na właściwy dystans, ze świadomością tego, iż człowieka trzeba od natury odciągać, ale i tak nie odseparuje się go od niej wystarczająco daleko. I tak
człowiek pozostanie „naturalnie” egoistyczny, ulegający sile, pastwiący się nad słabością itp.
W Polsce jest jeszcze trochę inaczej. „Natura” stała się prostym, ideologicznym konstruktem, w imię którego paru hierarchów, których jeszcze wczoraj pytano o ich teczki, o niewygodną przeszłość i teraźniejszość Kościoła w Polsce, postanowiło uciec do przodu, zamknąć usta wiernym i zmobilizować ich po swojej stronie. Dlatego niepotrzebny im Gowin i jego poczciwa próba stworzenia świeckiego prawa, bliskiego nauczaniu Kościoła, ale jednak z nim nietożsamego, w myśl obowiązującej formalnie w Polsce konstytucyjnej i konkordatowej zasady odrębności Kościoła i państwa. Po co negocjować z i tak uległą Platformą za pośrednictwem jeszcze bardziej uległego Gowina. Wystarczy na nich wszystkich tupnąć. Najlepiej przy Wielkanocy.
Zwycięża zbawienna prostota. W tej prostocie nie mieści się Gowin, który ze swoją potrzebę realnej negocjacji w imię odbudowywania wspólnoty, ze swoją potrzebą świeckiego państwa, prawa i polityki, jest rzeczywiście jednym z ostatnich przedstawicieli „pokolenia JP2”. I właśnie jako niedobitek, pogrobowiec „pokolenia JP2”, które było jednak czymś więcej niż gromadą łatwych do sfanatyzowania fundamentalistów, Gowin jest dla Michalika i Głódzia obiektywnym wrogiem. Oni wolą o wiele prostszego Janka Pospieszalskiego albo błyskotliwie udającego prostaczka Pawła Lisickiego.
A jaki morał z takiego zachowania powinien wyciągnąć Donald Tusk? No cóż, i różnych podobnych jednodniowych projektów - obojętnie, bardziej liberalnych czy bardziej konserwatywnych. Pozostawić je bez następstw, uznać za PR-owy eksperyment, który nie wypalił, więc należy go porzucić.
, żeby pokazać mu nie
tylko muzea i architekturę, ale przede wszystkim miejsca cywilizowane, gdzie odpowiedzią na społeczny problem są inicjatywy ustawodawcze, a nie zamiatanie spraw pod dywan albo obsługiwanie ich
jedynie PR-em. Zatem jako obywatel się wkurzam, ale gdybym był PR-owcem polskiego premiera, doradziłbym mu dokładnie to, co on w tej chwili robi. Unikanie odpowiedzialności, zawieszanie decyzji
w nieskończoność. Kościół nie chce świeckiego prawa? Obywatele się go nie domagają? Zatem, po co je uchwalać? Polska wygląda na kraj, który nie potrzebuje dzisiaj ani państwa, ani prawa,
ani polityki. Nie potrzebują tego wszystkiego także polscy biskupi. A to przecież siła bez porównania poważniejsza od Magdaleny Środy, Ireneusza Krzemińskiego czy Sławomira Sierakowskiego. Z
kolei polskie społeczeństwo to wielki milczący. Zatem z kim ma się liczyć premier, który chce zostać prezydentem? Nie powinien się zastanawiać nawet przez jedną sekundę. Po co w Polsce
prawo stanowione. Nam wystarczą wartości.