Nie sądzę, żeby prezydent ogłaszając trzydniową żałobę narodową kierował się grą pod publiczkę, czy próbował cyniczne wykorzystać dramat. Nie mam też podstaw, żeby podejrzewać, aby . Mogę zrozumieć, że swoją decyzję Lech Kaczyński podejmował pod wpływem olbrzymich emocji, tuż po obejrzeniu miejsca tragedii. Każdy, kto tam był i widział tlące się jeszcze zgliszcza, nie pozostał obojętny. Sam mam przed oczami wizję przekazywaną przez świadków: twarze dzieci przyklejone do szyb, zamknięte okna i znikąd pomocy. Ta bezradność musiała być straszna. Rozumiem więc intencje prezydenta. Ale jest też druga strona medalu.
Prezydent musi zdawać sobie sprawę z tego, jakie będą skutki podejmowanych przez niego decyzji. I czy czasem nie jest tak, że dobrymi chęciami piekło jest wybrukowane? I swego rodzaju rozdwojenie jaźni, w którym żyjemy od kilkudziesięciu godzin. Z jednej strony ogłaszana z góry decyzja o żałobie. Z drugiej - nasze serca i dusze. Nie każdy ma w sobie tyle empatii, aby na te trzy dni się zatrzymać i zmienić swoje życie.
Każda śmierć jest straszna i trudno decydować, która ma większe znaczenie dla społeczeństwa. Politycy powinni być jednak bardziej wstrzemięźliwi. Tak jeszcze nie jest. Ludzie reagują na tę tragedię w piękny sposób. Zespół IRA odwołał koncert, bo uznał, że w takim momencie byłoby to niestosowne. Ale nie ośmieliłbym się krytykować artystów, którzy mimo wszystko zagrali.
Tego, by ktoś o nich pomyślał, pomodlił się.
On sam przeżył podobną tragedię. Miał szczęście, że się uratował, ale ogień odebrał mu zdrowie. I on mówi, że z tymi ludźmi trzeba być nie tylko przez najbliższe dni, ale też za miesiąc, pół roku czy rok. Krzysztofem w fantastyczny sposób zajęli się w szpitalu lekarze. Ale, gdy z niego wyszedł, nie wiedział, co dalej. To samo czeka ludzi z Kamienia Pomorskiego. Za jakiś czas osaczy ich bezradność, zwątpienie, będą zdezorientowani, i właśnie wtedy będą potrzebować pomocy jeszcze bardziej.