Tam Polska odzyskuje wolność, a tu czterdzieści pięć stopni w cieniu. Powietrze faluje z upału na kilkanaście metrów w górę. Kotlina Arawa, południowy Izrael, przedłużenie tektonicznego Wielkiego Rowu Afrykańskiego. Rozżarzona zapadlina między pustynią Negew a górami Edom w Jordanii. Aż tam zaszyłem się, by tych wyborów nie oglądać. Dla mnie były kolejnym krokiem w paktach części opozycji z komunistami. A ja byłem radykałem. Chciałem komunistów obalić, choćby siłą. Nie reformować. Kiedyś zapytany przez wysoko stojącego w konspiracyjnej hierarchii działacza „Solidarności Walczącej”, czy chciałbym przystąpić do grupy zbrojnej, gdyby ją tworzono, odpowiedziałem: owszem. Tak, tak. W latach osiemdziesiątych zadawano podobne pytania. I nie byłem jedynym, który odpowiedział pozytywnie.

Wyjazd wszystko zmienił. Wielu - w tym ja - uważało naszą walkę za najważniejszą rzecz na świecie. Oczy planety były zwrócone na nas. Czuliśmy to. Wierzyliśmy, że komunizm runie właśnie w Polsce i świat się zmieni. Tymczasem świat, owszem patrzył z uwagą, ale miał swoje sprawy. Nie byliśmy jego pępkiem. Dziś to takie oczywiste. Wtedy nie. Wtedy trzeba było poczuć na własnej skórze naszą przeciętność. Zobaczyć, że są siły porządkowe, wcale nie komunistyczne, brutalniejsze niż ZOMO. Że inni też cierpią, boją się, walczą o swoje. Że zapętlonych problemów nie można rozwiązywać radykalnymi metodami. Że Polska to tylko jeden z wielu, krajów i narodów ze sprawami do załatwienia. Gdybym wtedy został w ojczyźnie, kontestowałbym czerwcowe wybory i dojrzewał w zgorzknieniu, bo zdrajcy rozdrapali ojczyznę. Po prawie ośmiu miesiącach wróciłem do wolnego kraju. I sam byłem wolny. Od radykalizmu, poczucia przegranej. Gdybym został, dołączyłbym się do obozu Anny Walentynowicz, Andrzeja Gwiazdy i Sierpnia ’80. To szlachetni ludzie, ale mylą się. Czerwcowy kompromis był konieczny. W gruncie rzeczy nie mieliśmy wtedy powodu, by się nawzajem zabijać. Dziś postkomuniści są niczym, Polska jest zakotwiczona na zachodzie. Bezpieczna; o ile w ogóle jakiś kraj może czuć się bezpieczny. Dokładnie o takiej Polsce marzyłem przed wyjazdem. O żadnej innej. I taka jest. Ale zbudowano ją wbrew moim ówczesnym poglądom. Metodami, które odrzucałem. Nie czerwcowe wybory i przełom, ale pustynny żar wyleczył mnie z przywiązania do własnych iluzji.

*

Rok 1989 nie spadł z nieba. Coś drgnęło już w 1988 r. Od przynajmniej trzech lat tkwiliśmy wtedy w marazmie. Podziemna „Solidarność” nie potrafiła wymusić na komunistach legalizacji. Władza zaś, mimo starań, nie zdołała jej zneutralizować. Bardziej radykalne grupy opozycyjne: „Solidarność Walcząca”, Konfederacja Polski Niepodległej, Federacja Młodzieży Walczącej i inne, chciały obalenia ustroju, ale nie miały pojęcia, jak do tego doprowadzić. Obie strony konfliktu traciły zęby oraz energię, by zakończyć podjazdową wojenkę. I nadeszła wiosna. W kwietniu oraz maju wybuchły strajki, uliczne protesty. Jak w 1982 i 1983 roku. Nie organizowali ich już dawni działacze zdelegalizowanej „Solidarności”, ale młodzi, którzy ani myśleli czekać, aż władza łaskawie poprosi Wałęsę na rozmowy. W sierpniu to samo. „Solidarność” nie była już czynnikiem sprawczym buntu. Przeciwnie. Podobnie jak władza przeraziła się, że go nie kontroluje. Dlatego Lech Wałęsa zgodził się spotkać 31 sierpnia z generałem Czesławem Kiszczakiem i porozumieć w sprawie rozpoczęcia rozmów okrągłego stołu. Dlatego zaczął się proces, który doprowadził do wyborów 4 czerwca 1989 r. Nie tylko władza czuła gorący oddech na karku. Umiarkowana opozycja także. Słusznie, bo i ona nas już szczerze mierzwiła. Dla młodych radykałów zabił dzwon nadziei. Nie czekać. Na ulice. Organizować strajki i grupy bojowe do walki z ZOMO. Żadnych rokowań. Dobić komunę. Nie tylko u nas. „Solidarność Walcząca” zaczęła w 1988 roku przerzucać nielegalne druki za wschodnią granicę; po rosyjsku, litewsku, ukraińsku. W kraju szykowała się na ostrą konfrontację, zbudowała niezły wywiad i kontrwywiad. Nie lękała się konsekwencji swojej śmiałości. Wałęsa, Michnik, Geremek, Mazowiecki drżeli ze strachu przed interwencją sowieckich czołgów. My nie. My znaliśmy je wszak tylko z opowieści i drugoobiegowych lektur. Ot, smok z legend.

*

Tak, zwycięstwo było możliwe. Pokazują to badania historyków. Otwarte dziś tajne archiwa mówią jednoznacznie: w 1988 i 1989 roku wojskowi, a nawet milicja, nie interweniowaliby już w obronie ustroju. Sceptycyzm wobec władzy PZPR narastał szczególnie wśród młodych oficerów. Także Sowieci pod nowym gensekiem Gorbaczowem ani myśleli walczyć w obronie polskiego komunizmu. Sami szukali kontaktów z Wałęsą i Michnikiem. To generał Jaruzelski bronił do końca skompromitowanej utopii, KPZR położyła już na niej trumienną deskę. Mieliśmy rację. Nie zobaczylibyśmy pancernych zagonów Krasnoj Armii, nie poczulibyśmy na własnej skórze ich siły. Już nie. Mogliśmy wtedy dobić zdychającego potwora. Stworzyć wolną Polskę, jak dawniej, w walce, zbrojnej czy tylko ulicznej przepychance. Wszystko jedno. Komunizm nie chciał już się bronić.

Okrągły Stół i wybory 4 czerwca zabrały nam to wszystko, splugawiły wyczuwane już nozdrzami zwycięstwo. Nasze zwycięstwo. Stare pryki reżimu i „Solidarności” zabrały nam wyzwolenie. Polewali wódę w Magdalence kupcząc ojczyzną. – Panie Adamie, - Panie generale. - Na zdrowie! Wtedy byli na „pan”, dopiero po toaście przeszli na „ty”. Tak się zrodził 4 czerwca. Tak zrodziła się znana fraza znanego opozycjonisty: „odp…. się od generała”.

*

Butelkami z benzyną w komisariaty, w komitety wojewódzkie Tak. Ale w Wałęsę, Michnika, Kuronia, Geremka?! Jasne, to też przeciwnicy, ale jednak. Jednak nasi. Z „Solidarności”. W nich nie. Butelki i wyrzucane z proc metalowe śruby nie dla nich. Co zatem? Lepiej wyjechać. Nie patrzeć.

Wiem, opowiadano mi później. Była radość. Mobilizacja. Plakaty z Wałęsą. Wiem, niektórzy poczuli wtedy siłę, bo mogli je wieszać w biały dzień, na widoku wszystkich. Komitet Obywatelski, listy, kampania wyborcza. Nasi ze znaczkami „Solidarności w klapach”. Wielu będzie w 20. rocznicę czcić tamten czas, tamte nadzieje. Mała prośba: pamiętajcie też o tych, których nadzieje wtedy zgasły. Bo poczuli się oszukani przez swoich liderów. Woleli wyjechać, albo marnieli trawieni rozgoryczeniem.

*

4 czerwca 1989. W izraelskiej telewizji mówią o masakrze na placu Tiananmen – jatka. Na ekranie zabici, czołgi. Spiker donosi też o intifadzie. Znowu rozruchy, rzucanie kamieniami. Ranne arabskie dzieci. Izraelskie wojsko strzela na wprost – do nieletnich. O Polsce niewiele. Piąta czy szósta informacja. Jakieś wybory. Ponoć reżim dopuścił opozycję.

Dzielimy niewielki domek na pustyni z dwiema Angielkami, mieszkają w osobnym pokoju, łazienka wspólna. Jak co wieczór, ćpają. Mówią o Chinach. Polska, wybory? Nie słyszały. Nie wiedzą o co chodzi. A czy ja wiem?

6 lipca 1989. Trzy dni wcześniej Michnik opublikował w „Gazecie Wyborczej” apel „Wasz prezydent, nasz premier”. A tu? Palestyńczyk chwycił za kierownicę autobusu linii 405, trasa Tel Awiw - Jerozolima i skierował pojazd w przepaść. Zabici, ranni. Powyginane blachy wymieszane z ludzkim mięsem. Cholera, jeździłem tym autobusem wiele razy. Zawsze, gdy chciałem zobaczyć święte miasto. To pierwszy zamach samobójczy, Izrael w szoku. Potem przyzwyczai się.

W Polsce targi, kto stworzy rząd. W Betlejem dostałem kamieniem w plecy. Między łopatki. Miałem krótko obcięte włosy. Błąd. Dzieciaki wzięły mnie za izraelskiego szpiega.

Wrzesień. Mazowiecki zostaje pierwszym niekomunistycznym premierem od ucieczki Mikołajczyka. Znajomy Żyd pyta, czy to możliwe. Kto to ten Mazowiecki? Wreszcie ktoś się tu zainteresował Polską.

Jadę do Hebronu. Tak musiała wyglądać okupacja w Warszawie. Karabiny maszynowe na dachach, worki z piaskiem, zasieki, patrole w dżipach, z tylnych drzwi sterczy broń. Nie podchodź - strzelą.

Pierwsza intifada, rówieśniczka naszych przemian. Moja pierwsza wojna. 1162 zabitych Palestyńczyków, 160 Izraelczyków. Kolejnych tysiąc Arabów zamordowanych przez własnych braci, często pociętych nożami i siekierami, za kolaborację z Izraelem. Ponad 20 tysięcy dzieci, którym trzeba było udzielić pomocy medycznej. Anglojęzyczny dziennik „Jeruzalem Post” donosi o bestialstwie po obu stronach. Tatuaże z palestyńską flagą są zdzierane przez żołnierzy żyletkami. Na starym mieście w Jerozolimie patrole straży granicznej w zielonych beretach kopniakami demolują palestyńskie stragany. Niszczą dorobek starszych, potulnych kobiet. Nie podchodzę. Nie są w nastroju do dyskusji o prawach człowieka. A przecież to „nasi”, antykomuniści. To oni i ich ojcowie bili uzbrajanych przez Sowietów Arabów.

Na pustynnej drodze czołgi, na niebie śmigłowce. Palestyńczyk w mundurze jordańskim wziął zakładników w sąsiedniej osadzie. Cholera, mógł przecież wybrać naszą. To ledwie dwa, czy trzy kilometry dalej.

Tamta krew, tamten lęk, tamte rozczarowania, wreszcie codziennie kontemplowane piękno pustyni, a nie czerwcowe zwycięstwo i o wiele późniejszy powrót Polski do klubu państw cywilizowanych, wyleczyły mnie z polonocentryzmu. Z traumy stanu wojennego. Naiwności.

*

Wygraliście. Wy od Wałęsy i komitetów. Wy, którzy wieszaliście plakaty, rozdawaliście ulotki w koszulkach z logiem „Solidarności”. Głosowaliście 4 czerwca. My, niedoszli rewolucjoniści, nie byliśmy potrzebni. Prawda, komunizm padłby wtedy pod naszym wspólnym splunięciem, ale kto wie – może polałaby się krew, może zginęliby ludzie, może ktoś zechciałby jednak, choć krótko, bronić bagna. Może czyjeś matki opłakiwałyby do dziś poległych. Teraz już wiadomo z całą pewnością – system musiał runąć. Wy od wieszania plakatów, entuzjaści drużyny Lecha nie wiedzieliście nawet, że zadajecie mu śmiertelny cios. Ale zadaliście. Zrobiliście to nie przelewając ani jednej kropli krwi. Szacunek.