W czerwcu 1989 roku byłem w Waszyngtonie, gdzie pełniłem funkcję radcy ambasady polskiej w USA. Ma to swoje znaczenie, ponieważ w ambasadzie zorganizowany został okręg wyborczy, w którym mogli zagłosować uprawnieni do głosowania polscy obywatele mieszkający w Stanach Zjednoczonych. Okręg rozpoczął pracę wcześniej i z tego względu wynik czerwcowych wyborów w naszym okręgu znaliśmy już w czasie, gdy w kraju trwało jeszcze głosowanie.

Reklama

>>>Hall: Czułem szczęście i zawód

Czułem wyraźnie, że jest to moment przełomu, choć nie miałem jeszcze pojęcia o jego skali. Po części wybory przebiegały w myśl tego, co zostało ustalone przy Okrągłym Stole. Ale było również oczywiste, że ich wynik, nawet jeśli formalnie nie oznaczał zmiany ustroju, wyraźnie delegitymizował władzę PZPR, której byłem członkiem. Pokazywał też, że nie da się ukształtować żadnego stabilnego rządu na starych zasadach.

>>>Gursztyn: Mój czwarty czerwca

Teraz pewnie mogę powiedzieć, że na szczęście wynikami wyborów nie byłem aż tak bardzo zaskoczony jak wielu moich kolegów w Polsce. Opracowania z różnego rodzaju ośrodków analitycznych, do jakich wówczas miałem swobodny dostęp w Stanach, nie pozostawiały wielu złudzeń. Ale szczerze powiem – nie przewidywały dla nas jakiegoś dramatycznego rozwoju sytuacji. Nie jest więc tak, że to, co się wtedy stało, było dla mnie totalnym zaskoczeniem.

Jednak przyznaję, że rozmiary porażki listy krajowej, czy wyniki wyborów do senatu były już dla mnie prawdziwą niespodzianką. Bo miałem nadzieję, że w społeczeństwie nastąpi jakieś spolaryzowanie i nie wszyscy rzucą się na „Solidarność”. Sondaże wskazywały przecież, że rezultat tamtych wyborów może być zupełnie inny. Ale stało się inaczej.

>>>Talaga: 4 czerwca 1989 i 45 stopni w cieniu

Na szczęście również wyborów z czerwca 1989 roku nie odbierałem tak dramatycznie, jak wspominał swego czasu Leszek Miller. Czyli że jest to koniec świata i załamanie naszej dotychczasowej stabilizacji. Dla mnie zdecydowanie bardziej przełomowym wydarzeniem było dopuszczenie opozycji do rozmów z przedstawicielami władzy, do legalnego działania, a wybory te wszystko przyspieszyły. W analizach politologicznych, które wówczas czytałem, jeszcze przed wyborami pisano, że uruchomienie procesu demokratyzacji i sam fakt podjęcia przez partię decyzji o podzieleniu się częścią władzy z opozycją mogą doprowadzić do wymknięcia się tego procesu spod kontroli. Że ranga nawet takich częściowo wolnych wyborów, bez względu na ich rezultat, będzie miała olbrzymi wydźwięk polityczny i moralny. Po prostu jak się zaczyna oddawać władzę, to nie ma szans na zahamowanie tego procesu, tylko nie wiadomo, kiedy nastąpi przełom. Z perspektywy amerykańskiej było to widoczne jeszcze przed czerwcowymi wyborami. Więc na ich wynik i skutki byłem jakoś przygotowany.

>>>Jachowicz: Mój czwarty czerwca

W Waszyngtonie i samej ambasadzie czuło się w każdym razie, że było to duże wydarzenie. I że wszyscy na nas patrzą, oczekując reakcji. Pamiętam doskonale moment, gdy tłum dziennikarzy napierał z całych sił na budynek ambasady PRL, a potem czekał do późna w nocy na ogłoszenie wyników, które osobiście im przekazywałem. Były one porównywalne do tych, które uzyskano w kraju, i zapowiadały przełom, który się wówczas dokonał. Wyniki wyborów w Waszyngtonie były znamienne, choć nie posiadaliśmy żadnej szczegółowej prognozy na temat tego, co wydarzy się w Polsce. Były dla nas sensacją. Trzeba przyznać, że emocje, jakie temu towarzyszyły, były niespotykane, olbrzymie. Wtedy jeszcze nie docierało do mnie, że wyniki są równoznaczne z utratą władzy przez PZPR. Dobrze pamiętam, jak jeden z amerykańskich dziennikarzy mówił wówczas do mnie, że czytał, iż komuniści nie oddadzą władzy za pomocą kartki wyborczej. Że coś wisi w powietrzu. I patrzył badawczo na moją twarz, próbując doszukać się jakiejkolwiek reakcji na te słowa. Dotarło do mnie, że skoro już doszło do wyborów, skoro zostało w ogóle podjęte ryzyko ich zorganizowania po kilkudziesięciu latach, to ludzie starego systemu będą musieli ponieść tego konsekwencje.