Te wyniki zdecydowanie przeszły moje oczekiwania. Liczyłem na to, że w najlepszym razie powtórzymy wynik z wyborów w 2007 roku. Jestem więc bardzo zadowolony.
Oczywiście, potwierdziła się też druga mocna pozycja PiS. I te wybory zamrożą procesy dezintegracyjne w tej partii. Ale to nie znaczy, że one nie nastąpią, dojdzie do nich, tylko wolniej.
Zbigniew Ziobro już wysyła sygnały świadczące o tym, że będzie chciał się wybić na niepodległość.
Jeśli ktoś miał takie oczekiwania, to myślał życzeniowo. Wiadomo, że PiS jest tradycyjnie niedoszacowany w sondażach, a niska frekwencja sprzyja partii braci Kaczyńskich, bo ich elektorat
jest zdyscyplinowany. Nokautu nie było, ale przewaga 17 procent to naprawdę powód do dumy, choć na pewno nie do samozachwytu.
Jasne, że popełniliśmy. Mam krytyczne uwagi, szczególnie do kampanii w Małopolsce, gdzie przegraliśmy dość dotkliwie. A przecież nie jest to okręg, w którym z góry bylibyśmy skazani na
porażkę. W 2007 roku Ziobro wygrał ze mną o włos, ale cała Platforma pokonała PiS. Dziś przegrała.
Nokaut to przesada, ale porażka boli. Świadczy o paru rzeczach. Lista PO nie była najmocniejsza. Nie znalazło się na niej parę nazwisk, które byłyby wzmocnieniem, ale aparat partyjny bał
się konkurencji. Kuriozalne jest choćby to, że w mieście akademickim nie było żadnego przedstawiciela środowiska akademickiego.
Ja z podziwem obserwowałem jej kampanię, zrobiła wszystko, co mogła. Jednak nadzieja na to, że galicyjska wieś, z tradycjami Jakuba Szeli będzie masowo głosować na księżną von Hohenstein
świadczyłyby o pewnej naiwności.
Powiem tak: na pewno nadzieje związane z kandydaturą Róży Thun u części kierownictwa Platformy były przesadne. Ale to nie jest krytyka pod jej samej adresem, bo walczyła bardzo dzielnie.
Przyczyn porażki upatruję w czym innym: fatalnej kampanii na szczeblu regionalnym, wewnętrznych konfliktach czy niedawnych oskarżeniach aferalnych pod adresem niektórych naszych działaczy. Temu
wszystkiemu można było zapobiec. Powtarzam: Platformę stać na to, by zwyciężać w Małopolsce. Zwalanie odpowiedzialności na Róże Hun byłoby zwykłą głupotą.
Wynik PO na Podkarpaciu jest najlepszy w historii. Marian Krzaklewski przyciągnął więc jednak do nas część elektoratu, który tradycyjnie popierał partie na prawo od Platformy. Ale nasz
"twardy" elektorat go nie zaakceptował. W sumie on sam poniósł rzeczywiście bolesną porażkę, ale dla Platformy decyzja o zaproszeniu go na listy była trafnym posunięciem.
Podsumowując: mimo kampanii, która mogła być pewnie lepsza, odnieśliśmy wielkie zwycięstwo. Ten wynik to przede wszystkim ogromny sukces samego Donalda Tuska. Zaskarbił sobie zaufanie
Polaków. To zaufanie bierze się po pierwsze ze stylu uprawiania polityki, stylu koncyliacyjnego, z którym kojarzy się niekoniecznie cała Platforma, ale sam premier, a po drugie ze sposobu
przeciwdziałania kryzysowi. Polacy zaakceptowali liberalną drogę walki z kryzysem.
Jeśli nie nastąpi trzęsienie ziemi, to przesądzone jest, że liczyć się w tym wyścigu będą tylko kandydaci PO i PiS. Przy czym te wybory pokazały, że PiS ma trwały elektorat, ale nie ma
zdolności poszerzenia go. Przeciwnie. Przyjmując w tych wyborach taktykę mobilizacji twardego elektoratu, odwołując się do wyborców radiomaryjnych, jeszcze bardziej zamknął się na nowe
grupy. Te wybory są więc pesymistycznym prognostykiem dla Lecha Kaczyńskiego.
Dla premiera jest jeden konkretny wniosek; powinien się skoncentrować - tak jak to robi do tej pory - na walce z kryzysem. Jeśli zrobi to skutecznie, to zwycięstwo w wyborach prezydenckich
przyjdzie samo. Powinien pozostać premierem niezależnie od tego, czy zmniejszy czy zwiększy to jego potencjalne szanse, bo dowiódł, że jest w stanie przeprowadzić nas przez kryzys lepiej niż
ktokolwiek inny.
Faktycznie, wybory pokazały, że Kaczyński mocno trzyma w rękach ster PiS, tyle tylko że okręt, którym kieruje ma coraz mniejszy tonaż. Inaczej niż Tusk, który widać, że może liczyć na
coraz większe, różnorodne i silne zaplecze. Jestem też przekonany, że choć Ziobro będzie próbował teraz budować swoją pozycję na dystansowaniu się od braci Kaczyńskich, by przejąć ich
spuściznę, oni do tego nie dopuszczą. Prawdopodobnie, najpóźniej przy okazji wyborów parlamentarnych w 2011, Ziobro rozpocznie więc budowę nowej formacji prawicowej w oparciu o elektorat
Radia Maryja.
Na pewno nie w 2010. Z kolei w 2015, kiedy Donald Tusk wystartuje w walce o reelekcję, gwiazda Ziobry już zblaknie. Okaże się kandydatem niszowym.
To byłby może i dobry sposób, żeby wejść do drugiej tury, ale też pewna recepta, by ją z kretesem przegrać.
Nie, absolutnie. Te wybory pokazały, że pozycja Lecha Kaczyńskiego, jak i całego PiS, słabnie, ale nie dramatycznie. Niczego nie przesądzałbym jednak przede wszystkim dlatego, że historia
znowu ruszyła z miejsca. Mam na myśli kryzys. W Polsce, jak na całym świecie, możliwe jest gospodarcze trzęsienie ziemi. I tylko ono może uratować Lecha Kaczyńskiego. Ale myślę, że
takiego scenariusza nawet on sobie nie życzy.