Nie uważam tak. Na całym świecie jest już przyjętą praktyką, że przedstawiciele władzy udają się natychmiast na miejsce zdarzeń, które są dla ludzi poważnym
kłopotem i nieszczęściem. Nazywanie tego kabaretem jest więc bez sensu. Minister Schetyna robi to, co do niego należy. Odpowiada za administrację państwa, więc jeździ choćby po to, by
sprawdzić, czy administracja prawidłowo reaguje i wykonuje swoje zadania. Ja nie przeżyłem jako premier powodzi. Za moich czasów rzeki nie występowały z brzegów. Ale zwyczajowo zawsze
powodzie się zaczynało od akcji pomocowych, najpierw wizytowało się te tereny, a potem myślało o środkach dla ludzi. I nie ulega wątpliwości, że za niektórych rządów były zaniedbania. I
krytyki też nie brakowało. Wyczulenie Schetyny jest więc też pewnie po części wspomnieniem momentów, kiedy obojętność władzy czy niewystarczająca aktywność pozostawiała na długo ślad
w pamięci społecznej.
Dokładnie to mam na myśli. Proszę zwrócić uwagę, że on tak mocno stracił na powodzi, mimo że przecież był na tych terenach. Nie chodziło o jakieś realne zaniedbania w tej sytuacji.
Zaszkodziła mu jedna niefortunna wypowiedź i to zresztą z punktu widzenia zasady: prawdziwa, ale niepolityczna.
Może tak mówić i powinien. Jaka tu arogancja? Służby mają kłopot z ewakuowaniem ludzi, a potem ludzie do władzy będą mieć pretensje z powodu poniesionych szkód. Jeżeli władza nakazuje
opuszczenie domów, to trzeba to zrobić. Oczywiście prawdą jest, że takie wypowiedzi są ryzykowne, bo mogą zostać źle zrozumiane albo wykrzywiony zostanie ich sens. Dlatego trzeba bardzo
umiejętnie dobierać słowa, ale też nie unikać prawdy. Można napisać już całą historię pod hasłem: rządy a powodzie, błędy. Błędy mogą być różne. Można zaniechać działań na
czas, źle postawić zadania swoim służbom, ale można postępować prawidłowo, a tylko popełnić gafę, wypowiadając się do ludzi dotkniętych powodzią. Za to się nie leci ze stanowiska, ale
w ostrych przypadkach można się mocno politycznie zdewaluować.
To przychodziło stopniowo wraz z demokracją i epoką medialną. Medialny wymiar dla rządów jest w takich sytuacjach zawsze najważniejszy. Reakcje, wrażliwość, chęć pomocy ludziom można
przecież wyrazić na różne sposoby, ale media nakazują być na miejscu. Politycy jeżdżą tam, skąd media pokazują najbardziej drastyczne obrazki. Epoka medialna wniosła ze sobą
wykorzystanie każdego momentu, w którym można być pokazanym.
Odrzucam takie postępowanie. W przypadku opozycji jest większe ryzyko posądzenia działania na pokaz. Nie chcę mówić konkretnie o Leszku Millerze, ale jeśli politycy zbyt czytelnie jadą do
ludzi dotkniętych nieszczęściem, wykorzystując to dla swojej popularności, zademonstrowania gestów pustych na pokaz, to to nie zostanie zaaprobowane. Ale oczywiście zawsze występuje gry i
próby zbijania politycznego kapitału. Takie wyjazdy mogą jednak być tylko zasadne w przypadku rządu i administracji.
Nie ma protokołu i regulaminu, wszystko zależy od skali nieszczęścia. Moim zdaniem lepiej by było, żeby teraz tam pojechał.
Tak. Zresztą opozycja śmiać się nie powinna.
W związku z sytuacją polityczną będzie teraz będzie miał problem, bo w tle zawsze jest zarzut, że to pokazywanie się pokazywania się wyborczego.
Ich nieszczęście polega na tym, że powodzie się kończą. Mogą nie zdążyć się porządnie pościgać. Generalnie w takich przypadkach powinna być koordynacja między premierem a prezydentem.
Ale oczywiście teraz jej nie będzie. Niemniej jeśli chodzi o tego typu wyścigi, kto pierwszy, to niech się miarkują, bo takie intencje ludzie z łatwością mogą odczytać. I ani jeden, ani
drugi nie skorzysta. Tak więc prezydent musi sam wyczuć sytuację.