W Bujumburze do dziś nikt nikogo nie pilnuje, a we Lwowie ostatni pogranicznik sprawdzał nasze paszporty już na pasie startowym, gdy stewardesy siedziały, a samolot zaczynał unosić się nad miastem. Cóż, co kraj to obyczaj.
Ja wiem, że świat w obliczu kryzysu, Polska w obliczu ustawy medialnej, wczasowicze nad morzem i w górach w obliczu ulew, a ja tu, miast stawiać temu wszystkiemu czoła, o duperelach prawię, ale niech mi państwo ten ostatni raz wybaczą. Ilekroć na nim ląduję, przeżywam to samo, więc to chyba coś więcej niż tylko zbieg okoliczności.
Ale od początku. Są na świecie lotniska wielkie jak amsterdamskie Schiphol, skądinąd miejsce koszmarne, gdzie tydzień temu byłem o krok od tego, by zatrudniony tam na etacie niezbyt lotnego (w tej dziedzinie, to taki bardziej kiwi), ale potężnie zbudowanego oficera pan Vandergaard potraktował mnie jak Lufthansa Rokitę. Wszystko dlatego, że pan Vandergaard żywi gorące, choć niezbyt przyjazne uczucia wobec naszej ojczyzny i daje temu wyraz. A że więcej uwagi poświęca w życiu konsumpcji salcesonu niż lekturze czegokolwiek, to jego zasób uwag też był przewidywalny.
Ale zostawmy typa, . Przy taśmach, na których w końcu lądują walizki, ledwie kilka – dosłownie: kilka na całe lotnisko – miejsc siedzących. Można by wstawić ławki, ale zasłaniałaby widok na ścianę, którą wynajęto na reklamę.
Skonsternowani podróżni, zwłaszcza niech się jaki cudzoziemiec trafi, niczego nie wiedzą. I się nie dowiedzą, wszak w hali ani żywego ducha pracownika. Czyli bomba: nie ma gdzie usiąść,
nie ma kogo spytać, a czekać trzeba najmarniej pół godziny.
. Nie straszny mi dworzec w Koluszkach ani nocleg w Skarżysku-Kamiennej, więc każdy obóz survivalu zniosę. I nie o siebie
pianę toczę.
Ja się tylko pytam, w imię czego u nas zawsze musi być inaczej? Czemu we wszystkich samolotach przylatujących na Okęcie z Zachodu trzeba nadawać komunikat: „Podróżny, piłeś? Nie leć.