Krok w kierunku zdrowego rozsądku. Sąd apelacyjny okazał się bardziej powściągliwy niż sąd okręgowy i całkowitą delegalizację PiS-owskiego spotu wyborczego zmienił na jego ocenzurowanie. Utrzymano „areszt” na te fragmenty, które zawierały zarzuty najcięższe, można by powiedzieć – aferalne. Sędziowie nie uznali się natomiast za władnych do dyskutowania z politykami na temat tego, kto jest odpowiedzialny za krach przemysłu stoczniowego i nad tym, czy prezydent Warszawy Hanna Gronkiewicz-Waltz wypłacała podczas kryzysu sute nagrody „swoim” ludziom czy „nie swoim”.

Reklama

Gdy pojawił się werdykt pierwszej instancji, opowiadałem się za maksymalną ostrożnością sędziów. Oczywiste, że muszą ingerować, gdy jedna partia zarzuca politykom drugiej powiedzmy przestępstwo i mija się z prawdą. Ale czy zarzut załatwienia czegoś komuś jest łatwy do jednoznacznego zweryfikowania, zwłaszcza w parę godzin? A oceny dotyczące politycznej odpowiedzialności rządzących – czy powinny zależeć od widzimisię sędziego? Sąd apelacyjny nieco się cofnął, więc jak widać, dostrzega problem granic swojej władzy.

Podczas krótkiej debaty o spocie i wyrokach powiedziano sporo rzeczy, delikatnie mówiąc, nierozsądnych. Wątpliwości wobec poprzedniego wyroku zacietrzewieni komentatorzy uznawali za wyraz obrony stylu, w jakim PiS podjęło wyborczą walkę. Tak nie jest – po prostu ocena ta powinna należeć w pierwszym rzędzie do wyborców. Do sądu tylko w szczególnych przypadkach – oczywistego kłamstwa. Różniliśmy się na temat tego, co jest tym oczywistym kłamstwem, a co uproszczeniem czy interpretacją, w języku polityki uprawnioną, nawet jeśli niezbyt estetyczną. Dla mnie obawa przed dławieniem krytyki rządzących jest wartością istotną. Co nie oznacza, że nie widzę innych wartości.

Przeczytałem też ze szczególnym zdziwieniem, że oto przed sądem odbywała się jakaś walka między III i IV RP, że ci, co byli przeciw wyrokowi, opowiadali się za jakąś wydumaną „czwartorzeczopospolitową” metodą uprawiania polityki. Czyżby? Przecież choćby podczas ostatniej kampanii w 2007 r. Platforma Obywatelska sięgała równie często po drastyczne i krzywdzące uproszczenia twierdząc na przykład, że partia Kaczyńskiego jest winna wszystkim wypadkom na drogach, albo karetkom nie przyjeżdżającym do chorych. Co więcej, PO też czasem, z podobnych co dziś PiS powodów, przegrywała wyborcze procesy. A ja tak samo wówczas, jak i teraz uważam, że ingerencja sądu w treść politycznej debaty powinna być wyjątkiem od reguły, a nie regułą.

Swoją drogą jestem bardzo ciekaw, kto stracił, a kto zyskał na tym sporze. PO doprowadziła do symbolicznego potępienia języka wyborczego PiS i w tym sensie jej zwrócenie się do sądu było racjonalne. Ale równocześnie pomogła jeszcze nagłośnić oskarżenia. Kto do tej pory mógł przeoczyć fakt, że Misiak dostał zlecenie od rządowej agencji (choć nie od rządu, jak podawało PiS), dzięki temu procesowi usłyszał o tym po sto razy. W ostateczności partia Kaczyńskiego też cel swój osiągnęła. Można by więc odnieść wrażenie, że wynik jest remisowy. Tyle że PiS, decydując się wyłącznie na agresywny i wojowniczy ton kampanii, może osiągnąć skutek, którego powinno unikać jak ognia: zmobilizowanie niechętnych wyrazistej prawicy i osobiście Kaczyńskim wyborców, którzy w innych okolicznościach do urn by nie poszli. W tym sensie porzucenie „polityki pokoju” uważam za decyzję pochopną, choć niekoniecznie musi to dotyczyć tego jednego spotu. Ale to już problem dla wyborców. Na szczęście nie dla sędziów.