Śledzenie dużej części publicystyki antypisowskiej jest dzisiaj zajęciem interesującym wyłącznie w kategoriach psychologii społecznej. Jakkolwiek publicystyka ta jest jako analiza
polityczna bezwartościowa, w treści nierzadko horrendalna i niedorzeczna, to każe zastanowić się nad atmosferą, która ją zrodziła. Co się takiego dzieje w głowach ludzi raczej rozsądnych,
niekiedy uczonych i kulturalnych, zwykle obytych w świecie, którzy wypisują seryjnie najzwyklejsze dyrdymały? Jak to możliwe, że tacy ludzie w ciągu ostatnich kilku miesięcy nie tylko nie
byli zdolni wypowiedzieć publicznie ani jednego spokojnego zdania o sytuacji politycznej, ale na dodatek ulegali nieprzezwyciężalnej potrzebie coraz gwałtowniejszego antypisowskiego
słowotoku?
Polityczni kibice
Nie mam dobrej odpowiedzi na to pytanie poza ogólną hipotezą, która składa się z dwóch części. Po pierwsze, polskie społeczeństwo, a jego elity w szczególności, ma naturę kibiców
politycznych; pewne drużyny kochają, a inne obrzucają obelgami. Po drugie, szczególnie znienawidzone są drużyny prawicowe, a zwłaszcza takie, które odnoszą sukcesy polityczne; wówczas
rozlega się niewypowiedziany rwetes, tupania i gwizdy. W rezultacie takich zachowań wszelkie trafne uwagi krytyczne przestają być słyszalne w ogólnym asemantycznym jazgocie, a jeśli nawet da
się je wyłowić, to nikt na nie nie zwróci uwagi i potraktuje jako jeszcze jeden bluzg. W takiej atmosferze dyskusje nie mają sensu, a to, co za taką dyskusję uchodzi, jest dość pospolitym
widowiskiem. Jeśli więc zaprosi się do dyskusji profesorów Krzemińskiego czy Śpiewaka, to jeszcze przed wymianą zdań dobrze wiadomo, co ci ludzie mają do powiedzenia, jedyną niewiadomą
zaś stanowi liczba i jakość inwektyw, jakimi PiS zostanie obrzucone. Merytoryczna wartość praktycznie nie istnieje.
Hipotezy mówiącej o politycznych kibicach nie będę uzasadniał, lecz podaję ją ku rozwadze czytelników, którzy starają się myśleć spokojnie o polityce. Zwrócę natomiast uwagę na
najbardziej rozpowszechnione sposoby, jakich używa się dzisiaj do atakowania PiS.
Po pierwsze, dobrze jest od razu załatwić tych, którzy PiS bronią, a w każdym razie dystansują się od żenującego stylu diatryb. Najlepiej jest ich przedstawić jako propagandystów i
pisowskich intelektualistów. Jest to stara metoda w pokomunistycznej Polsce. Zawsze byli intelektualiści prawdziwi i obiektywni – ci popierali kiedyś Unię Demokratyczną i jej dzieci, a
obecnie PO – oraz intelektualiści nieprawdziwi, defektywni, sprzedajni, reżimowi, politycznie skorumpowani, którzy popierają PiS. Dla niektórych polemistów, takich jak Śpiewak,
określenie "pisowski intelektualista" ma bezdyskusyjną wartość opisową i ani mu w głowie zastanawiać się nad stosownością takiego języka. W ten sposób próbowano
załatwić Zdzisława Krasnodębskiego, Pawła Lisickiego i wielu innych. Nawet Bronisław Wildstein został reżimowym dziennikarzem, bo przecież – jak z właściwą sobie pasją
poszukiwania prawdy napisał tenże Śpiewak – telewizja publiczna staje się "jawną tubą propagandową rządu".
Po drugie, dobrze jest także załatwić całą orientację pisowską przez wskazanie jej pokrewieństwa z najgorszymi tradycjami politycznymi. Tu, praktycznie, nie ma ograniczeń i wyobraźnia
krytyków eksploduje w twórczym szale. Jarosław Kaczyński przypomina Hitlera, Robespierre'a i Gomułkę. PiS jest mafią, drugą PZPR, wprowadzającą dyktaturę, a w najlepszym razie system
putinowski.
Żeby nie być gołosłownym. Oto określenia, jakimi PiS i pisowskie środowiska opatruje Śpiewak: autorytaryzm, antyeuropejskość, antyzachodniość, nacjonalizm, endecja, duch zemsty,
bolszewizm, antydemokratyczność, zaściankowość, parafialne poglądy, gomułkowszczyzna, wrogość wobec praw człowieka. Kto ma choć trochę zdrowego rozsądku, niech przyjrzy się tym hasłom,
niech rozejrzy się wkoło, niech sprawdzi, jak działają dzisiaj w Polsce instytucje, gospodarka, wymiar sprawiedliwości, a następnie niech z ręką na sercu odpowie na pytanie, czy można
poważnie traktować intelektualistę, który podobnym językiem opisuje dzisiejszą Polskę i partię, która nią rządzi. A kiedy już odpowie na to pytanie, niech się zastanowi, co należy
myśleć o mentalnych sprawnościach ludzi – a imię ich legion – którzy przez ostatnie miesiące niemal wyłącznie takim językiem się posługiwali dla opisu rzeczywistości
politycznej i którzy w tym stylu zapisali ogromne ilości papieru?
Jest, a w każdym razie powinno być – jak sądzę – w każdym człowieku piszącym, a zwłaszcza w intelektualiście, pewne poczucie miary i proporcji. Jeśli go nie ma i jeśli
ktoś taki nie dostrzega różnicy między bolszewizmem, endecją, PZPR-em, Gomułką etc. a tym, co się dzisiaj w Polsce dzieje, jeśli podobne asocjacje przychodzą mu na myśl i jeśli nie
odczuwa niczego niestosownego w posługiwaniu się nimi, to albo dał się ponieść dzikim emocjom politycznym, albo prowadzi działalność partyjną i z premedytacją instrumentalnie posługuje
się językiem dla zniszczenia przeciwnika, albo kieruje nim jakaś niekontrolowana przez rozsądek obsesja. W każdym przypadku rozmowa z nim nie ma większego sensu.
Polityczni cynicy
Po trzecie, dobrze jest wypomnieć koalicjantów PiS i oskarżyć go o degradację sfery publicznej. W systemie demokratycznym – pozwolę sobie przypomnieć – partie, które
zasiadają w parlamencie, mogą zawierać koalicje. Są koalicje lepsze i gorsze. Koalicja PiS-LPR- Samoobrona zapewne do tych pierwszych nie należy. Jeśli nie podoba się ona wyborcy, mogę
zrozumieć. Wyborca miał swoje preferencje i zapewne spodziewał się dla Polski lepszego układu. Jeśli natomiast niesmak wyraża czynny polityk Platformy, to nawet mnie, człowieka
doświadczonego, zatyka taki bezmiar obłudy. "Jesteście Państwo – zwracam się do polityków PO – ojcami chrzestnymi tej koalicji i nie udawajcie, że nie macie z nią
nic wspólnego. Zamiast histeryzować, trzeba było zmusić waszych sfrustrowanych i wewnętrznie zdezorganizowanych przywódców do działań bardziej racjonalnych i do wzięcia
współodpowiedzialności za kraj. Albo trzeba było zgodzić się na wcześniejsze wybory. Opowiadanie teraz, w jakich strasznych rękach jest Polska, jest wciskaniem kitu przyszłym wyborcom i
liczeniem na to, że nie przejrzą tandetnej gry".
Dopóki nie usłyszę publicznie od polityków PO, że popełnili historyczny błąd, nie wchodząc do koalicji i używając niemądrych pretekstów, oraz dopóki nadal będą się oni użalać nad
Polską z powodu Leppera i Giertycha przy władzy, dopóty będę ich uznawał za politycznych cyników.
Po czwarte, dobrze jest oskarżać PiS o niszczenie demokracji. Ponieważ demokracja jest słowem świętym, bycie niedemokratycznym jest dzisiaj w polityce zbrodnią najcięższą. Ale oskarżenie
takie jest niezmiernie wygodne, ponieważ określenia "demokratyczny" i "niedemokratyczny" mogą dzisiaj sugerować praktycznie nieskończenie wiele rzeczy, wedle
uznania oskarżającego. W normalnym języku "niedemokratyczny" oznacza nierespektowanie zasady wolnych wyborów. W tym sensie PiS niedemokratyczny nie jest. W jakim zatem? Otóż
twierdzi się, że PiS "nie dzieli się władzą". Pod pewnym względem zarzut taki jest absurdalny, gdyż PiS wygrało wybory i zgodnie z podstawową zasadą demokracji, to ono
przejmuje kontrolę nad instytucjami, które są w rozdziałach partyjnych. W polityce jest tak, iż obowiązuje zasada zaufania. Dzielimy się władzą z kimś, do kogo mamy zaufanie lub nie mamy
powodu, by go nie mieć. W chwili obecnej w życiu partyjnym toczy się antypisowska krucjata, zaś Platforma na tej krucjacie zbudowała swoją rację istnienia. Trudno oczekiwać, iż w stanie
zimnej wojny domowej, z jaką dzisiaj mamy do czynienia, PiS będzie ofiarowywało Platformie władzę. Kto domaga się takiej ofiary i czyni zarzut, iż nie została złożona, dowodzi braku
elementarnego doświadczenia politycznego.
Polityka medialna
W polityce jest tak – przypomnę sprawy podstawowe – że strony negocjują, zawierają układy, dochodzą do kompromisów, czynią targi. Ten normalny proces polityczny uległ
dzisiaj zawieszeniu i zamiast tego mamy politykę medialną polegającą na tym, iż taki czy inny dżentelmen lub dama pomstuje na swoich przeciwników politycznych w telewizji, w radiu lub w
prasie, że nie ma udziału we władzy. Cały wysiłek idzie w wymyślanie kolejnych złośliwych bon motów. Zamiast politycznych szachistów i szermierzy, zamiast strategów i graczy, mamy małpy
medialne robiące miny do obserwującej to wszystko gawiedzi. Z punktu widzenia praktyki politycznej takie postępowanie jest jawną niedorzecznością. Z drugiej strony można je też traktować
– i tu wracamy do wątku poprzedniego – jako działanie wyrachowane, a całe gadanie o łamaniu demokracji uznać za kolejny przejaw cynizmu.
Nie przeczę, że niektóre z dziejących się dzisiaj rzeczy są brzydkie. Ale – warto o tym pamiętać w czasach językowych mistyfikacji – demokracja jest ogólnie ustrojem
brzydkim i zawsze taka była. Gdy trwa zimna wojna domowa, o brzydkie zagrania nietrudno. Z tym że nie występuje tutaj jeden brzydal w otoczeniu pięknych i szlachetnych mężów, ale mamy cały
tłum ludzi, środowisk, grup i partii faulujących niemiłosiernie. Jeśli się komuś to nie podoba, to niech stara się ów stan wojny ograniczyć. Gdy zaś rozmyśla nad użyciem nowej broni, to
niech nie dziwi się, że jego przeciwnicy robią to samo.
Poseł Śpiewak, człowiek wielce pomysłowy, sformułował inną wersję zarzutu o niszczeniu demokracji. Napisał mianowicie, że dokona się implozja demokracji, bo ludzie będą coraz bardziej
uciekać w prywatność. Mój Boże, chciałoby się powiedzieć. Przecież to zgrany temat od dziesięcioleci we wszystkich dyskusjach nad współczesną demokracją. Kogoś, kto te dyskusje
śledził, zaciekawić może, w którym miejscu Śpiewak zdecydował się wstawić PiS i dlaczego czynił go odpowiedzialnym za procesy mające charakter dość powszechny. Że mała partycypacja,
że brak zaufania do państwa i polityków, że ludzie stają się bardziej prywatni – w czym tkwi wina Kaczyńskiego i jego ludzi? Otóż – brzmi odpowiedź – PiS nie
mobilizuje obywateli, bo reprezentuje tego typu władzę, która "nie chce i nie potrzebuje stale odwoływać się do woli powszechnej". Nie wiem, co to znaczy –
prawdopodobnie nic – ale z zadowoleniem stwierdzam, że brzmi bardziej elegancko od twierdzeń, jakie można było znaleźć w antypisowskim serialu Śpiewaka publikowanym we
"Wprost" oraz w dziesiątkach innych miejsc.
Pomysłowość Śpiewaka polega na tym, że w swoim serialu skorzystał z posiadanej wiedzy politologicznej na temat wszystkich możliwych negatywnych aspektów życia politycznego opisanych przez
jego teoretyków i PiS uczynił współodpowiedzialne za nie. Robespierryzm – PiS; duch bolszewizmu – PiS; niska partycypacja – PiS; anomia – PiS; atomizm
społeczny – PiS. Jeśli to wszystko opatrzy się Tocqueville'em, wolą powszechną, prawami człowieka i społeczeństwem obywatelskim, dostajemy uwodzicielski koktajl politologiczny. Oto
– można odnieść wrażenie – mędrzec i humanista z troską pochylający się nad dzisiejszą Polską i służący nam, maluczkim i skonfundowanym swoim intelektem. To nie jest
zwykły ciskacz inwektyw. Wprawdzie powie coś o gomułkowsko-endecko-parafialnych cechach rządów PiS, ale opatrzy to odnośnikiem do Hanny Arendt. Jeśli w tym tempie i z podobną głębią
analizy Śpiewaka będą kontynuowane, okaże się niedługo, iż PiS ponosi także współodpowiedzialność za wady Polaków, pośrednio za rozbiory Polski, a może nawet – tego bym nie
wykluczał – za grzech pierworodny. W razie potrzeby służę Śpiewakowi odpowiednim odnośnikiem do św. Augustyna.