Pierwsza i w miarę oczywista kwestia to problem pamięci i dziedzictwa komunistycznej przeszłości. Nie ulega wątpliwości, że badania i obnażanie prawdy o starym reżimie są sprawą
niezwykle ważną. Nie sposób uniknąć lustracji. Nie sposób nie myśleć (zwalczać już trudniej) o odziedziczonych po dawnych czasach nieformalnych związkach. Jeszcze trudniej – o
czym obecne władze już zapominają – zmierzyć się z dawną mentalnością, którą komunizm wszczepił Polakom. Pisał o tym ciekawie przed wielu laty Józef Tischner. Pisał o homo
sovieticus nie po to, by obrażać naród polski – co wytykają mu radykałowie z PiS – ale po to, by rozumieć, co przez pięćdziesiąt lat stało się z naszą kulturą. Co do
tego, że język i mentalność bolszewicka weszła w krew również elitom politycznym – wątpliwości nie mam. Wystarczy tylko popatrzeć na LPR czy niektóre hasła PiS.
Nie tylko Moczar i Gierek
Fakt, że trwa i trwać będzie poważna praca nad pamięcią czasów PRL, że będą powstawać poważne studia nad ruchem komunistycznym, służbami specjalnymi, nie jest licencją na popełnianie jednego i to karygodnego błędu, a mianowicie na przedstawianie dawnych czasów jako jednej wielkiej czarnej dziury. Historia polityczna PRL z rotacją elit władzy nie jest tym samym co historia społeczna, historia kultury, nauki i Kościoła w tym okresie. Oprócz tego, że był Gomułka i Kliszko, że we władzach znaleźli się Moczar i Gierek, to zarazem na Wydziale Filozofii wykładali najlepsi polscy myśliciele: Leszek Kołakowski, Krzysztof Pomian, Jerzy Szacki i Andrzej Walicki. To, że pisano bzdury o PKWN, nie oznacza, że nie powstawały świetne prace na temat historii średniowiecza, wojen szwedzkich czy powstań narodowych. Fakt, że uczono głupot na lekcjach marksizmu-leninizmu, nie oznacza, że nie było w Polsce świetnych matematyków i doskonałych nauczycieli. Redukcja wszystkiego do prostego schematu: każdy, kto pełnił urzędy, kto pisał, kto był aktywny w PRL (nawet w opozycji), kto wtedy uczył, pracował, jest z góry podejrzany – stanowi nie tylko głupią, ale i karygodną postawę. Dzisiaj zdaje się być podejrzane nawet to, że ktoś działał w KOR... Jakby to była zbrodnia stanu, a uczciwą postawą było wyłącznie handlowanie mięsem na targu. To są aberracje umysłowe, ale pośród liderów koalicji prawicowej bardzo często występujące. Do takiego myślenia zbliża się szereg posłów koalicji oraz mało intelektualnie zdyscyplinowany wicepremier Dorn.
Jeżeli wzorem nowego historiografa jest autor pracy o Polskiej Partii Robotniczej, to obawiam się, że grozi nam raczej język Marca 1968, niż poważne i przekonujące analizy, które wzbogacą pamięć społeczną. Już dzisiaj, a mam na to dość przykładów, politycy PiS grzebią się z lubością w życiorysach babek i dziadków, wyszukując rzekomo złe pochodzenie, złą religię, niewłaściwe poglądy. Zdarza się niestety, że nowa, tak zwana prawicowa, historiografia służy nienawiści i resentymentom, ale nie uczciwemu badaniu przeszłości. Jeżeli przy tym – a na to wskazuje wielu badaczy – przywrócenie właściwych proporcji rzeczy w opisie komunizmu i sprawiedliwa ocena przeszłości jest również kluczem do odbudowy obywatelskiej moralności, to wszelkie epitety, prostackie schematy typu „łże-elity”, przeciwstawianie sobie elit-masom – nie służą sprawiedliwości, obiektywizmowi, szacunkowi dla prawdy, ale tylko zemście czy uczuciom zemsty.
Sprawa kolejna: IV Rzeczpospolita ma być przede wszystkim państwem prawa i rzetelnej sprawiedliwości. Istnieje problem korupcji, problem złego prawa (robionego pod lobbies, niespójnego, zagmatwanego), nieuczciwych urzędników i wątpliwych w swej fachowości prokuratorów. Tu nie ma sporu co do istoty rzeczy. Spór musi dotyczyć metod zwalczania patologii. Mam wrażenie, że partia rządząca uważa, iż panaceum na całe zło to wyrzucenie dawnych funkcjonariuszy państwa i zastąpienie ich nowymi – tyle że z nominacji PiS (ewentualnie kimś z koalicji, nawet jeśli zdążył być faszystą, uprawiać zawód dziennikarza w tygodniku „Rzeczywistość” czy służyć w wojskowym kontrwywiadzie w PRL). Powstaje schemat prostacki i łatwy do zastosowania. Kto nie z nami, ten przeciw nam (to jest właśnie ten nowy bolszewizm), lub inaczej: kto z naszych, to dobry – reszta do wykończenia. Tej politycznej linii służą kolejne ustawy: o mediach, służbie cywilnej, policji, wyborach do samorządu. Chodzi zawsze o jedno: o zagwarantowanie władzy swoim.
Kpina z prawa i obywateli
IV Rzeczpospolita wymaga nowych praw, takich, które by porządkowały stan prawa. W tej mierze koalicja rządowa nic nie robi. W niczym nie usprawniono procesu decyzyjnego przy budowie dróg, domów, autostrad. W przyszłym roku władze zapowiadają powstanie zaledwie siedmiu kilometrów autostrad. Nie usprawnia się rozdzielania środków pomocowych z Unii Europejskiej. Nic nie zrobiono dla ułatwienia życia podatnikom i przedsiębiorcom. Nic nie zrobiono dla uproszczenia form składania informacji przez rolników przy otrzymywaniu dodatków unijnych. Prawo jest nadal zagmatwane, trudne, a wiadomo, że takie regulacje zawsze służą silniejszemu, urzędnikom, prokuratorom, a nie obywatelom. Rzecznik praw obywatelskich problemu też nie zauważa. A wszystkie dane socjologiczne pokazują, że źródłem korupcji, wydłużenia czasu decyzji, wzrostu kosztów transakcyjnych w interesach jest kiepska jakość prawa i równie kiepska jakość funkcjonariuszy państwa. Tu nic się nie zmienia poza tym, że po Warszawie chodzi więcej policjantów. Szczególnie upodobali sobie okolice uniwersytetu i bezprawnie zaczepiają studentów na ulicach. To już jest nie porządek prawa, ale agresja władzy.
Sprawa trzecia: przeciwdziałanie dzieleniu Polski i Polaków. Z pewnością poważną sprawą jest marginalizacja społeczna, ekonomiczna i kulturowa znacznej części Polaków. Rzecz nie polega
tylko na biedzie i rozrastających się obszarach nędzy, ale również na rosnącym dystansie kulturowym i edukacyjnym między centrum a peryferiami kraju. Poziom wiedzy i umiejętności
przeciętnego absolwenta gimnazjum pod Zamościem i w Warszawie jest katastrofalnie różny. To samo z maturzystami. Oczywiście, można jak Giertych udawać, że nie ma sprawy i likwidować de facto
matury, ale można potraktować ich wynik jak wielkie wyzwanie. Oznacza on, że jedna trzecia absolwentów szkół średnich nie jest w stanie się rozwijać, uczyć, zdobyć niezbędnych w
nowoczesnej gospodarce umiejętności.
Socjaliści z LPR i Samoobrony uwielbiają rozdawać nie swoje pieniądze. To droga na skróty. IV Rzeczpospolita wymaga, moim zdaniem, przede wszystkim wzmacniania kapitału kulturowego,
edukacyjnego i społecznego. Wymaga, by młodym i starszym obywatelom dawać mocne podstawy ich pozycji społecznej. Dlatego rozwój wszelkich form szkolnictwa i nauki mam za sprawę dla Polski
priorytetową. Za równie ważne uważam wzmacnianie społeczeństwa obywatelskiego i życia stowarzyszeniowego tak, by rozwijać w nas umiejętności społeczne i zwiększać kompetencje
demokratycznego obywatela.
Wykluczenie społeczne – podkreślam – jest faktem dramatycznym. Pisał o tym świetnie profesor Szczepański w „Przeglądzie Politycznym”. Wiemy, że nędza jest kosztowna. Wiemy, że nędza nie służy nowoczesności, ale wiemy też, że dawne metody jej zwalczania (ekonomiczne) na niewiele się zdadzą, gdy nie bierzemy pod uwagę kulturowych uwikłań biedy. Władze powinny porzucić postmarksistowski paradygmat myślenia o nierównościach społecznych jako o czymś tylko ekonomicznie uwarunkowanym, a zacząć o niej (o biedzie ????) myśleć w języku edukacji, kultury, dostępu do informacji.
Klimat dla autorytaryzmu
Sprawa czwarta: demokracja. To jest kwestia legitymizacji ustroju demokratycznego. Polacy niechętnie korzystają ze swoich praw politycznych i coraz mniej bierze udział w głosowaniach i w obywatelskich inicjatywach. Parlament traci swoją reprezentatywność, podobnie jak samorządy. Obecne regulacje prawne wzmacniają pozycję jednego aktora na scenie politycznej, jakimi są partie polityczne, a dokładniej wzmacniają pozycję elity kierującej partiami kosztem społeczeństwa obywatelskiego. Obecny model demokracji wręcz kłóci się z potrzebą wyłaniania jakościowo dobrych elit politycznych. Wybiera się wskazanych przez partie działaczy, często, jak to się mawia, osoby mierne, ale wierne. Fatalnie to wpływa na proces legislacyjny na wszelkich poziomach rządzenia. Przede wszystkim wzmacnia negatywną postawę obywateli wobec polityki, polityków, a w sumie wobec samych procedur demokratycznych.
Można bez ryzyka stwierdzić, że obojętność czy apatia obywatelska połączone z fatalnymi, centralistycznymi skłonnościami obecnej koalicji, tworzą klimat sprzyjający miękkim formom autorytaryzmu. W takiej sytuacji łatwiej narzucać obywatelom, jak i parlamentowi wygodne tylko dla władzy rozwiązania, lekceważąc opinię publiczną, przekonania stowarzyszeń i organizacji, opinię ekspertów. Przykładami niech będą debaty nad ordynacją samorządową czy nad lustracją. Tym łatwiej narzucać swoją wolę, im bardziej język mowy publicznej jest, jak dzisiaj, przeniknięty pomówieniami, kłamstwem, agresją. IV Rzeczpospolita po kilku miesiącach rządów PiS jest mirażem. Jest ideologicznym projektem, który budzi we mnie albo zdumienie, albo najwyższy niepokój.
Tradycja, którą obecna ekipa wybiera, jest tradycją religijnego obskurantyzmu (Radio Maryja), nacjonalizmu i ksenofobii (LPR), niekomunistycznej lewicy i centralistycznych skłonności. Te
tradycje są mi całkowicie obce, bo obce są zasadom rządów prawa, sprawiedliwości i demokracji. Są nie do pogodzenia z liberalnie pojętą wolnością. IV Rzeczpospolita w wykonaniu obecnej
koalicji to cofanie się Polski do zaściankowego, antynowoczesnego myślenia, ku samoizolacji w Europie i pustej agresji (vide Macierewicz) w polityce wewnętrznej.