Scenka pierwsza: Sejm wiosną 1993 roku, czasy rządu Suchockiej. Budynek na Wiejskiej atakują manifestanci z Samoobrony. Obrzucają kamieniami okna z nietłukącymi się szybami. Po drugiej stronie tłum posłów. Znany parlamentarzysta Unii Demokratycznej nagle wybucha: – To skandal! Minister Milczanowski specjalnie dopuścił demonstrantów, żeby ośmieszyć i upokorzyć parlament. Zrobił to dla Wałęsy! – krzyczy.
Scenka druga: rok 1994, dwójka dziennikarzy jest podejmowana przez jednego z wicemarszałków Sejmu w jego gabinecie. Polityk ów nastawia radio na cały regulator. – Mogą być podsłuchy – tłumaczy szeptem. To już czas koalicji SLD – PSL, ale na czele resortu spraw wewnętrznych nadal stoi Andrzej Milczanowski. Służby specjalne pozostają domeną Lecha Wałęsy i jego fachowców o przeważnie peerelowskich rodowodach.
Te dwie sytuacje wydają się błahe, bo i policja w końcu rozprawiła się z manifestantami Leppera, i wicemarszałek mógł być przeczulony. Niemniej były one – autor niniejszego tekstu to ich naoczny świadek – symptomem ówczesnej atmosfery.
Są i mniej błahe historie. Oto premier Suchocka próbuje osobiście zmusić oficerów kontrwywiadu, żeby wyszli na miasto i zrywali prolustracyjne plakaty Ligi Republikańskiej (trzeba
przyznać, że funkcjonariusze na czele z Konstantym Miodowiczem odmawiają). Oto szef Urzędu Rady Ministrów Jan Rokita nazywa legalne i nierzucające bomb partie – Kaczyńskiego i
Olszewskiego – „opozycją antypaństwową”. Oto 4 czerwca 1992 roku policja brutalnie rozpędza na polecenie Milczanowskiego manifestację zwolenników tegoż
Olszewskiego na ulicach Warszawy. Wyobrażacie sobie dzisiaj podobne czyny lub choćby słowa rządzących? Porównajcie choćby z wielką medialną awanturą wokół interwencji policji przeciw
Paradzie Równości w Poznaniu. Bo bez takiego porównania nie sposób zrozumieć kontekstu, w jakim powstawały dokumenty z teczki pułkownika Lesiaka.
Dziwny podział wpływów
Wiosną 1993 roku zostaje ujawniona Instrukcja Urzędu Ochrony Państwa 0015. W ezopowym języku służb pozwala ona na zatrudnianie przez UOP płatnych konsultantów spośród członków partii politycznych. Prasa domaga się wyjaśnień, ale dość apatycznie. Politycy związani z rządem Suchockiej – od UD po ZChN – nie solidaryzują się z Jarosławem Kaczyńskim, który sprawę nagłośnił. Wielkiego skandalu nie ma. Wyobraźmy sobie przychwycenie na podobnej „wpadce” służb podległych ministrowi Wassermannowi. Uroczystym protestom i tasiemcowym, pełnym oburzenia audycjom w najlepszym telewizyjnym czasie nie byłoby końca.
Historia szafy Lesiaka to tylko zwieńczenie ówczesnego systemu sprawowania władzy i wczesnej atmosfery. Broniąc się w porannej rozmowie w radiowej Trójce, Jan Rokita przypomniał, że resort Milczanowskiego – podobnie jak MON i MSZ – był „resortem prezydenckim” poddanym w następstwie odpowiedniego przepisu Małej Konstytucji, a po części jej interpretacji kontroli bardziej prezydenta niż rządu. Trzeba potwierdzić: tak było. Bywało, że Milczanowski nie słuchał Suchockiej, i to w ważnych sprawach. W tej sytuacji możliwe, że ani pani premier, ani jej ministrowie nie wiedzieli nic o konkretnych machinacjach służb. Co nie znosi ich formalnej odpowiedzialności konstytucyjnej, bo nie zniosła jej przecież pokrętna interpretacja Małej Konstytucji zastosowana przez ośrodek prezydencki.
Warto zresztą wytłumaczyć ten dziwny podział wpływów. Małą Konstytucję przyjęto na początku 1992 roku – wraz z tym przepisem – głosami tak różnych partii, jak SLD, UD, ZChN czy KPN. Wałęsa nie ukrywał, jak będzie go interpretował (formalnie była tam tylko formułka o uzgadnianiu z nim nominacji). I znów zestawmy tamte czasy z obecnymi. Pisowski projekt konstytucji – skądinąd kontrowersyjny – czyni z prezydenta arbitra na wzór demokracji francuskiej. Przez wielu został jednak obwołany projektem autorytarnym. Tamten przepis, nieznany w cywilizowanych krajach Europy, wyłączał fragment władzy wykonawczej szczególnie newralgiczny z punktu widzenia praw obywatelskich i poddawał go w praktyce władzy prezydenta nieodpowiadającego politycznie przed parlamentem. Nie pamiętam, aby ważne media czy większość polityków – także hiperdemokratycznych partii – zgłaszały z tego powodu niepokoje. Dziś Platforma Obywatelska martwi się koncentracją władzy w rękach PiS. A przecież o pokusach Wałęsy i Wachowskiego, by „bawić się służbami”, szeptano na sejmowych korytarzach, a czasem mówiono głośno.
Kaczyński ma pretensje do ówczesnych elit, że tolerowały taki stan rzeczy. Można by odpowiedzieć, że trudno było podjąć frontalną walkę z legendą „Solidarności”
wykreowaną na prezydenta przez tegoż Kaczyńskiego. W tym sensie swoisty pozytywizm ekipy Suchockiej zostawiającej Wałęsie wojsko i służby po to, by dłubać przy gospodarce, administracji czy
samorządach można by zrozumieć. Trudno jednak po latach bronić skutków. Zwłaszcza że, powtórzmy: wypowiedzi Suchockiej czy Rokity – cokolwiek by powiedzieć o jego późniejszych
zasługach dla czyszczenia polskiego państwa – też wpisywały się w atmosferę sekowania oponentów.
Kłopot z Wałęsą
Zresztą na początku krytyka była. W roku 1990 Adam Michnik przestrzegał przed prezydenturą Wałęsy, wróżąc jej nie do końca demokratyczny charakter metaforą o porannym dzwonku do drzwi, który nie okaże się dzwonkiem mleczarza. W 1992 roku ten sam Michnik pozwolił Jarosławowi Kurskiemu (nie mylić z Jackiem) opublikować w „Gazecie Wyborczej” cykl rozmów z politykami z niedawnego otoczenia Wałęsy. Nie tylko uwikłany w potężny polityczny spór z Wałęsą Kaczyński, także ludzie, którzy są dziś po całkiem innej stronie – Jacek Merkel czy Arkadiusz Rybicki – mówili między innymi o niebezpiecznych skłonnościach ośrodka prezydenckiego do zabawy wojskiem i służbami. Jak skwitował to Michnik? Stwierdzeniem, że to kłótnia w rodzinie, poroniony owoc wojny na górze. Żadnego pomysłu na baczne przyglądanie się niebezpiecznemu zjawisku. A przecież wieści przynoszone przez nielubianych świadków mogą się okazać prawdziwe.
Jak wynika z papierów z teczki Lesiaka – takie się okazały. Ale liberalna inteligencja i jej partia – Unia Demokratyczna – nie kiwnęły palcem, skoro Wałęsa wziął skuteczny udział w zablokowaniu lustracji, a nękani byli radykałowie z prawicowych formacji. Owszem, potem te same liberalne środowiska potrafiły wystąpić przeciw prezydentowi. Kiedy blokował cywilną kontrolę nad armią (co wobec naszych natowskich aspiracji było zbrodnią) czy falandyzował prawo na niekorzyść eseldowskiego parlamentu. Ale jak na miarę wydarzeń (pucz generałów przeciw legalnemu ministrowi w Drawsku w 1994 roku to ewenement na skalę cywilizowanego świata) te protesty jawiły się jako dobrotliwe napomnienia. Zwłaszcza na tle histerii, jaką budzi dziś nawet niepoważna awantura jednego z ministrów z hydraulikiem. Nic też dziwnego, że owe „incydenty” zostały szybko Wałęsie zapomniane. Teraz bryluje on jako mentor nauczający Polaków o demokracji w najważniejszych publicystycznych programach. Zapomniano mu wszystko – w imię wspólnej niechęci do Kaczyńskich.
Oczywiście z Wałęsą jest kłopot. Co począć z jego legendą, nie naruszając legendy „Solidarności”. Ale między uznaniem jego historycznej roli w latach 70. i 80 a traktowaniem go jako autorytetu współczesnej demokracji jest jednak trochę przestrzeni. Czyniąc z niego symbol wszystkiego, co dobre po 1989 roku, Rokita i Tusk podpisują się w jakiejś mierze – niezależnie od intencji – pod niedobrymi praktykami początku lat 90. Ten ostatni wytrąca sobie na dodatek z ręki oręż skutecznej obrony. Obwiniać ośrodek prezydencki można wtedy, gdy przyzna się, że działo się w nim coś niedobrego. Liderzy PO wplątali się w tę sprzeczność również z niechęci do Kaczyńskich.
Ułatwia im to odrobinę sam Kaczyński, którego wypada przestrzec – choć jest w tej sprawie ofiarą – przed budowaniem całej polityki na podziałach z tamtych czasów.
Jeśli Rokita jest „zbrodniarzem”, to kim był rok temu, gdy znający akta sprawy Lesiaka lider PiS widział się wicepremierem w jego rządzie? Doraźność kryteriów
Kaczyńskiego nie znosi jednak pytań do Platformy.
Groźne patologie
Jan Rokita wybrał mimo wszystko drogę powściągliwości. Zaprzecza swojej roli, ale uznaje sprawę za poważną. Natomiast w telewizyjnym programie „Warto rozmawiać” profesor Paweł Śpiewak, współtwórca hasła IV Rzeczypospolitej, opowiadał prześmiewczym tonem, że z ujawnionych już dokumentów wyczytał – jak na razie – jedynie imię kota Kaczyńskiego.
Pominę już to, że dawna SB potrafiła wpisywać takie nieistotne informacje do charakterystyk uzyskanych metodami operacyjnymi. Ale przecież poseł Śpiewak przeoczył choćby rozważania dawnych esbeków o skłonnościach seksualnych lidera PC. Czemu to miało służyć, jak nie szantażowi lub paszkwilanckim plotkom. Czy według posła PO to właściwe zadanie dla służb demokratycznego państwa? I czy to przedsmak tonu, w jakim politycy największej partii opozycyjnej wezmą udział w debacie na ten temat?
Na tę historię można spojrzeć dwojako. Jedni przypomną, że patologie zdarzają się w najbardziej demokratycznych systemach. Długowieczny szef FBI Edgar Hoover zbierał ponoć plotki o
politykach i oferował kolejnym prezydentom USA. Inni zauważą w tym dziedzictwo PRL – dawni esbecy działali w owych strukturach, tak jak ich kiedyś nauczono. Niejasna jest też rola
Wałęsy – albo ojca chrzestnego postesbeckiego układu, albo patrona intryg, których do końca nie ogarniał. We wszystkich tych wariantach trzeba się z tym zmierzyć. Zwłaszcza dziś,
gdy pisarka Manuela Gretkowska boi się napaści pisowskich siepaczy, a poeta Antoni Pawlak spodziewa się podpalenia nowego Reichstagu, trzeba pytać o lata 90., lata chwały polskiej transformacji,
ale w pewnych dziedzinach lata hańby.