Nadal nie mamy jeszcze wielu danych na temat testu atomowego przeprowadzonego przez Koreę Północną, ale choć niewielka skala wybuchu rodzi wiele pytań, to nie ulega wątpliwości, że mamy do czynienia z nową jakością na scenie międzynarodowej. Nawet jeśli Koreańczycy nie osiągnęli wszystkich zamierzonych celów, to i tak próba stanowiła nieocenioną pomoc dla naukowców, którzy będą mogli wykorzystać dane do dalszych badań. Prędzej czy później reżim Kim Dzong Ila będzie dysponować nuklearną bombą.
Jednak to nie sama Korea Północna stanowi tutaj główne zagrożenie. Choć Phenian jest w stanie rozpętać lokalną wojnę, to Koreańczycy dobrze pamiętają zniszczenie i ogromny koszt wojny koreańskiej z początku lat 50. Doskonale zdają sobie również sprawę, że przegraliby i tę rozgrywkę, a nie zamierzają popełniać samobójstwa.
Zawalenie systemu
Broń potrzebna jest im do prowadzenia polityki wewnętrznej. Władze wyolbrzymiają zagrożenie zewnętrzne i wzywają do poświęceń niezbędnych do budowy bomby, by utrzymywać naród w posłuszeństwie. Przynależność do grupy mocarstw atomowych może być także przedstawiana jako przedmiot dumy narodowej, odróżnić Północ od Południa. Jest także potrzebna Koreańczykom jako broń przetargowa czy narzędzie szantażu w negocjacjach międzynarodowych. Problemy mogą pojawić się w momencie zmiany władzy w Korei Północnej po śmierci lub odejściu Kim Dzong Ila. W dyktaturach jest to bowiem zawsze moment destabilizujący, a państwo to do tej pory miało tylko jedno takie doświadczenie, gdy po Kim Ir Senie (Kim Il-Songu) władzę przejął jego syn i obecny „ukochany przywódca”. Proces ten nie został jeszcze w żaden sposób zinstytucjonalizowany i nie wiadomo, czy sukcesja tym razem przebiegnie równie sprawnie. Trudno przewidywać odległą przyszłoś, jednak gdyby w najbliższych latach nagle zniknął on ze sceny, to schedę po nim przejęliby najprawdopodobniej generałowie z Koreańskiej Armii Ludowej, którzy kierowaliby państwem poprzez pewien rodzaj rządów kolegialnych, w formie komitetu. Choć oczywiście nie można wykluczyć walki o władzę pomiędzy nimi.
Jednak w sumie o wiele groźniejsze następstwa może mieć to, że posiadanie przez Koreę Płn. broni atomowej wpływa na motywacje jej sąsiadów w Azji Południowo-Wschodniej, co może sprawić, iż oni sami zechcą wejść w posiadanie takiej broni. W krótkiej perspektywie jest to raczej mało prawdopodobne. Japonia i Korea Południowa są ograniczone wieloma czynnikami: traktatami międzynarodowymi, prawem krajowym, dwustronnymi porozumieniami o współpracy w kwestiach nuklearnych i sojuszem z USA. Będą zatem polegać na parasolu ochronnym, jaki rozciągnęły nad nimi Stany Zjednoczone. Jednak jeśli ich zaufanie do USA i wiara, że to mocarstwo je obroni, zostanie podważona, to z pewnością zmienią nastawienie.
Co gorsza, również Iran z pewnością uważnie przygląda się międzynarodowej reakcji na koreańskie testy i jeśli Korei nie spotkają żadne konsekwencje, to prawdopodobnie program irański nabierze rozpędu. To z kolei sprawi, że także inne kraje w regionie będą chciały zdobyć broń atomową. Dotyczy to zwłaszcza Arabii Saudyjskiej, Egiptu, Syrii, a być może także Turcji. Powstanie efekt domina, który podważy podstawy Traktatu o Nierozprzestrzenianiu Broni Atomowej i cały obecny system kontrolowania broni atomowej może się zawalić.
Kara dla Korei
Korea musi zostać jakoś ukarana, z pewnością sprawą tą powinna zająć się Rada Bezpieczeństwa ONZ. Jednak to nie wystarczy. Nie uda się zmusić Korei do kapitulacji i rezygnacji z dalszego rozwijania programu atomowego tylko przy użyciu kija, czyli sankcji. A takie podejście lansowane jest na przykład przez Johna Boltona, amerykańskiego ambasadora w ONZ, który zachowuje się jak oskarżyciel na procesie karnym. Amerykańscy neokonserwatyści obwiniają Chiny za sukces koreańskiego programu atomowego, co jest jednak tezą fałszywą. Chiny wcale nie pragną, by Kim Dzong Il dysponował bronią nuklearną. Mieli jednak dość niewielkie pole manewru, tym bardziej że nierzadko blokowały je właśnie USA. Chińczycy zdają sobie doskonale sprawę, iż Koreańczykom oprócz gróźb trzeba zaproponować także marchewkę. Składałyby się na nią tzw. negatywne gwarancje bezpieczeństwa, czyli gwarancje, że Korea nie zostanie zaatakowana przez inne kraje, zawarcie traktatów pokojowych czy traktatów o nieagresji, zakończenie blokady otwarcia ekonomicznego Korei i dopuszczenie tego kraju do uczestnictwa w międzynarodowym systemie finansowym. W pewnym momencie uzgodniono nawet zadowalające porozumienie w tych sprawach, ale Ameryka nie wykazała wówczas wystarczającej elastyczności w szukaniu rozwiązań dyplomatycznych i nie zdecydowała się na faktyczne sprawdzenie intencji przywódców Korei Północnej. W tej chwili sytuacja nie napawa optymizmem szczególnie ze względu na wewnętrzną sytuację polityczną w Stanach Zjednoczonych. Znajdujemy się teraz w sytuacji patowej. Tak zwana polityka słoneczna oznaczająca pomoc i zbliżenie Korei Południowej wobec północnego sąsiada jak na razie zakończyła się porażką.
Tylko negocjacje
Interwencja militarna stanowi pewną opcję, jednak jej koszt byłby ogromny, gdyż wymagałby rozpętania regularnej wojny, co niosłoby ze sobą zarówno ofiary w ludziach jak i astronomiczne wydatki. Co więcej w tej chwili mogłoby to oznaczać rozpętanie wojny nuklearnej, bo tak naprawdę nie wiemy, jakim arsenałem Korea Północna dysponuje. Jeśli ma głowice jądrowe, mogłaby zaatakować Japonię. Taka perspektywa z pewnością działa otrzeźwiająco na zwolenników rozwiązania militarnego. Ani USA, ani Chiny czy Japonia nie mogą już zresztą nic zrobić. Choć w administracji Busha dominują w tej chwili neokonserwatywne jastrzębie, widać, iż USA po cichu pogodziło się z tym, że reżim Kim Dzong Ila stanie się atomowym mocarstwem i dążą już tylko do tego, by za jego pośrednictwem broń atomowa nie dostała się na przykład w ręce grup terrorystycznych. Taka możliwość istnieje, ale jest ona mało prawdopodobna, należałoby raczej oczekiwać, że potencjalnymi kupcami będą państwa takie jak Iran. Trzeba wszakże pamiętać, iż broń atomowa – w zdobycie której włożono tyle wysiłku i poświęceń, zainwestowano tyle pieniędzy, tyle ludzkiej pracy, zaryzykowano międzynarodową izolację i sankcje – jest dla Korei bezcenna. Korea chce jej dla siebie. Po co miałaby ją sprzedawać? Pieniądze nie są dla przywódców koreańskich wartością, Kim Dzong Il nie potrzebuje kolejnej superluksusowej limuzyny.
Gdyby udało im się rozbudować arsenał, zgromadzić znacznie więcej materiału do produkcji bomb, wtedy zagrożenie ewentualną sprzedażą stałoby się realne, do tego jednak jeszcze długa droga. Jedynym wyjściem pozostają negocjacje. Należy wznowić rozmowy sześciostronne i wprowadzić w życie ich postanowienia z zeszłego roku. Dodatkowo USA powinny zmienić swoje nastawienie i podjąć dwustronne rozmowy z przedstawicielami Korei Północnej. To jedyna szansa na zapobieżenie realizacji czarnego scenariusza. Niestety dotychczasowa polityka amerykańska zdecydowanie nie napawa optymizmem.
Daniel A. Pinkston, amerykański specjalista ds. północnokoreańskiego programu atomowego