Rozumiem, że mogą mieć pretensje do Suchockiej i Rokity o to, że ci politycy nie przejęli wówczas dostatecznej kontroli nad służbami. Rozumiem to wszystko, bo w tamtym czasie sama byłam
inwigilowana. Jednak w żadnym razie nie mogę się zgodzić, by dokumenty z tzw. szafy Lesiaka stały się dzisiaj dla Jarosława Kaczyńskiego partyjną bronią przeciw politycznym
konkurentom.
Po pierwsze, należy koniecznie opublikować wszystkie dostępne materiały związane z inwigilacją i dezintegracją partii politycznych w latach 90. Dawkując dokumenty i wiedzę, PiS nie uchroni
się przed zarzutem partyjniactwa. Wzbudzi nieufność wyborców wobec wszystkich ujawnianych rewelacji tego typu - także wówczas, niezależnie od tego, że dotyczą one faktów prawdziwych i
karygodnych. Wytworzy się społeczna znieczulica wobec problemów, które są kluczowe dla demokratycznego państwa, czyli naruszania autonomii życia partyjnego poprzez ingerencję i polityzację
służb specjalnych.
Celem obecnego ataku PiS stał się przede wszystkim Jan Rokita. Jest on wybitnym i wyrazistym politykiem, który utrudnia zbudowanie dwubiegunowego podziału na scenie politycznej. Jego osoba jest
bez mała symbolem, przypomina, jak wielki potencjał współpracy, jak znaczące pole wspólnych wartości i priorytetów istniały między PO a PiS. Niszczenie Rokity jest dla PiS kuszące, ale
zarazem szczególnie naganne.
Jan Rokita bardzo długo pozostawał dla Jarosława Kaczyńskiego interesującym i zagadkowym partnerem i przeciwnikiem. Był wobec niego kompatybilny, uzupełniający - posiadał te cechy, których
nie ma Kaczyński. Rokita ma pociągającą charyzmę inteligencji, podczas gdy Jarosław Kaczynski posiada pociągającą charyzmę woli. Wzajemnie się dopełniali. Myślę, że oni jako jedyni w
świecie polskiej polityki dobrze się rozumieją. Obaj są bardzo samotni. Mają problemy ze zrozumieniem tak zwanego ludu, z którym próbują się skomunikować, popełniając przy tym poważne
błędy. Jan Rokita był przecież wielkim zwolennikiem integracji europejskiej, a po to, by stać się politykiem bardziej akceptowanym przez zwykłych Polaków, wymyślił hasło „Nicea
albo śmierć”. Zrobił tak, bo wydawało mu się, że ludzie tak właśnie myślą i to wytworzy z nimi więź. Podobnie działa Jarosław Kaczyński, który ciągle zmienia twarz: raz
wyciąga rękę do Platformy, a później zdaje mu się, że jednak walka jest dla jego elektoratu bardziej kusząca. Obaj rozumieją tragizm własnej sytuacji i wiedzą, że wyrastają ponad poziom
i inercję swoich partii. Ta bliskość powoduje przekonanie, że drugi z polityków jest najniebezpieczniejszym konkurentem do władzy.
Przez wiele miesięcy PiS kusiło Rokitę wejściem do rządu. Oferowano mu nawet premierostwo. Jeszcze we wrześniu, po odejściu Leppera, toczyły się bardzo poważne rozmowy pomiędzy Rokitą i
Kaczyńskim. Mówiłam wtedy o nowej szansie na koalicję PiS-PO. Zamiast tego pojawiły się pogłoski o możliwym konstruktywnym wotum nieufności, w wyniku którego Rokita mógłby zastąpić
Jarosława Kaczyńskiego na fotelu szefa rządu. Równocześnie Rokita kokietował polityków PiS wywodzących się z ZChN i stał się katalizatorem rosnących podziałów wewnętrznych w partii
Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego także w tym kontekście należy widzieć obecny atak PiS na Rokitę. Te przerysowane i wyjątkowe emocjonalne reakcje to wynik odrzucenia i zawiedzionych
nadziei.
Donald Tusk bardziej odpowiada obecnej koncepcji Jarosława Kaczyńskiego, która przewiduje podział sceny politycznej na dwa obozy. Uosabia on Polskę liberalną. Natomiast Jan Rokita nie różni
się już tak zasadniczo od Kaczyńskich. Różni ich raczej inne rozłożenie akcentów. Rokita więcej uwagi poświęca administracji niż polityce - chociaż dziś to brzmi nieco ironicznie, bo
jako administrator nie był w stanie dopilnować służb i centrum władzy.
Selektywne i instrumentalne używanie przez PiS naprawdę bulwersujących dokumentów z dossier Lesiaka jest działaniem niebezpiecznym i absolutnie nagannym. Podważa zaufanie do całej operacji
związanej z ujawnieniem akt inwigilacji partii politycznych w latach 90. W ostatnim czasie zupełnie zdezawuowały się ciągłe oskarżenia formułowane przez polityków. Jarosław Kaczyński mówi
dziś, że działania Rokity to tylko krok od morderstwa. W ten sposób podstawowe pojęcia oraz wszelkie proporcje zostają zagubione. Wyborcy nie dadzą się już na to nabrać. Rokita nie zniknie
z polskiej polityki tylko dlatego, że chce tak Kaczyński. Polacy muszą zobaczyć wszystko, co jest w szafie Lesiaka i całą sprawą musi zająć się sąd. Dopiero po tym oraz po wyroku sądu
będzie można powiedzieć, czy Rokita musi odejść.