Dziennik Gazeta Prawana logo

"Premier nie powinien atakować Rokity"

12 października 2007, 13:51
Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
"Rozumiem rozgoryczenie polityków dawnego PC, których próbowano wmanipulować w afery niemal kryminalne" - pisze w DZIENNIKU prof. Jadwiga Staniszkis.

Rozumiem, że mogą mieć pretensje do Suchockiej i Rokity o to, że ci politycy nie przejęli wówczas dostatecznej kontroli nad służbami. Rozumiem to wszystko, bo w tamtym czasie sama byłam inwigilowana. Jednak w żadnym razie nie mogę się zgodzić, by dokumenty z tzw. szafy Lesiaka stały się dzisiaj dla Jarosława Kaczyńskiego partyjną bronią przeciw politycznym konkurentom.

Po pierwsze, należy koniecznie opublikować wszystkie dostępne materiały związane z inwigilacją i dezintegracją partii politycznych w latach 90. Dawkując dokumenty i wiedzę, PiS nie uchroni się przed zarzutem partyjniactwa. Wzbudzi nieufność wyborców wobec wszystkich ujawnianych rewelacji tego typu - także wówczas, niezależnie od tego, że dotyczą one faktów prawdziwych i karygodnych. Wytworzy się społeczna znieczulica wobec problemów, które są kluczowe dla demokratycznego państwa, czyli naruszania autonomii życia partyjnego poprzez ingerencję i polityzację służb specjalnych.

Celem obecnego ataku PiS stał się przede wszystkim Jan Rokita. Jest on wybitnym i wyrazistym politykiem, który utrudnia zbudowanie dwubiegunowego podziału na scenie politycznej. Jego osoba jest bez mała symbolem, przypomina, jak wielki potencjał współpracy, jak znaczące pole wspólnych wartości i priorytetów istniały między PO a PiS. Niszczenie Rokity jest dla PiS kuszące, ale zarazem szczególnie naganne.

Jan Rokita bardzo długo pozostawał dla Jarosława Kaczyńskiego interesującym i zagadkowym partnerem i przeciwnikiem. Był wobec niego kompatybilny, uzupełniający - posiadał te cechy, których nie ma Kaczyński. Rokita ma pociągającą charyzmę inteligencji, podczas gdy Jarosław Kaczynski posiada pociągającą charyzmę woli. Wzajemnie się dopełniali. Myślę, że oni jako jedyni w świecie polskiej polityki dobrze się rozumieją. Obaj są bardzo samotni. Mają problemy ze zrozumieniem tak zwanego ludu, z którym próbują się skomunikować, popełniając przy tym poważne błędy. Jan Rokita był przecież wielkim zwolennikiem integracji europejskiej, a po to, by stać się politykiem bardziej akceptowanym przez zwykłych Polaków, wymyślił hasło „Nicea albo śmierć. Zrobił tak, bo wydawało mu się, że ludzie tak właśnie myślą i to wytworzy z nimi więź. Podobnie działa Jarosław Kaczyński, który ciągle zmienia twarz: raz wyciąga rękę do Platformy, a później zdaje mu się, że jednak walka jest dla jego elektoratu bardziej kusząca. Obaj rozumieją tragizm własnej sytuacji i wiedzą, że wyrastają ponad poziom i inercję swoich partii. Ta bliskość powoduje przekonanie, że drugi z polityków jest najniebezpieczniejszym konkurentem do władzy.

Przez wiele miesięcy PiS kusiło Rokitę wejściem do rządu. Oferowano mu nawet premierostwo. Jeszcze we wrześniu, po odejściu Leppera, toczyły się bardzo poważne rozmowy pomiędzy Rokitą i Kaczyńskim. Mówiłam wtedy o nowej szansie na koalicję PiS-PO. Zamiast tego pojawiły się pogłoski o możliwym konstruktywnym wotum nieufności, w wyniku którego Rokita mógłby zastąpić Jarosława Kaczyńskiego na fotelu szefa rządu. Równocześnie Rokita kokietował polityków PiS wywodzących się z ZChN i stał się katalizatorem rosnących podziałów wewnętrznych w partii Jarosława Kaczyńskiego. Dlatego także w tym kontekście należy widzieć obecny atak PiS na Rokitę. Te przerysowane i wyjątkowe emocjonalne reakcje to wynik odrzucenia i zawiedzionych nadziei.

Donald Tusk bardziej odpowiada obecnej koncepcji Jarosława Kaczyńskiego, która przewiduje podział sceny politycznej na dwa obozy. Uosabia on Polskę liberalną. Natomiast Jan Rokita nie różni się już tak zasadniczo od Kaczyńskich. Różni ich raczej inne rozłożenie akcentów. Rokita więcej uwagi poświęca administracji niż polityce - chociaż dziś to brzmi nieco ironicznie, bo jako administrator nie był w stanie dopilnować służb i centrum władzy.

Selektywne i instrumentalne używanie przez PiS naprawdę bulwersujących dokumentów z dossier Lesiaka jest działaniem niebezpiecznym i absolutnie nagannym. Podważa zaufanie do całej operacji związanej z ujawnieniem akt inwigilacji partii politycznych w latach 90. W ostatnim czasie zupełnie zdezawuowały się ciągłe oskarżenia formułowane przez polityków. Jarosław Kaczyński mówi dziś, że działania Rokity to tylko krok od morderstwa. W ten sposób podstawowe pojęcia oraz wszelkie proporcje zostają zagubione. Wyborcy nie dadzą się już na to nabrać. Rokita nie zniknie z polskiej polityki tylko dlatego, że chce tak Kaczyński. Polacy muszą zobaczyć wszystko, co jest w szafie Lesiaka i całą sprawą musi zająć się sąd. Dopiero po tym oraz po wyroku sądu będzie można powiedzieć, czy Rokita musi odejść.

Jadwiga Staniszkis, profesor socjologii
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj