"No to mamy już regularną wojnę na górze, przynajmniej pod względem skali emocji, które jej towarzyszą, bardzo podobną do tej sprzed 16 lat. Przez 12 miesięcy oglądaliśmy wojnę pozycyjną, coś w stylu politycznego Verdun. Skończyło się. Teraz mamy wielką batalię czołgową na łuku - nomen omen - Kurskim."
O ile w obu przypadkach współczynnik irracjonalizmu i wojen, i zachowań jej uczestników jest bardzo wysoki, o tyle każda z nich była u swych źródeł spowodowana zimną kalkulacją.
Kalkulował ten sam człowiek, Jarosław Kaczyński, tyle że za pierwszym razem wykonawcą dzieła był Lech Wałęsa, teraz zaś jest nim sam Kaczyński. Największą różnicą między dawną
wojną toczoną przez Wałęsę z Mazowieckim a obecną, w której starli się Kaczyńscy z jednej strony, a Rokita i Tusk z drugiej, jest motyw. Wtedy było nim zdobycie władzy. Teraz jest nim
władzy utrzymanie.
Pierwsze pęknięcie
1990 rok, marzec, posiedzenie Komitetu Obywatelskiego przy Lechu Wałęsie – wtedy padły ze strony lidera „Solidarności” pierwsze strzały. Wałęsa zarzucał
Mazowieckiemu, że władza robi reformy, ale zapomniała o ludziach, dla których je robi. To jakby zapowiedź walki o Polskę solidarną, paralela wcale nie z sufitu, biorąc pod uwagę, że
właśnie Jarosaw Kaczyński popychał Lecha Wałęsę do starcia z premierem Mazowieckim. Już wtedy grano na tej nucie. Zaraz potem było „przyśpieszenie”, byli
„przyśpieszacze z siekierką” (to Małgorzata Niezabitowska), a niedługo później, w czerwcu 1990 roku doszło do kolejnego posiedzenia Komitetu przy Wałęsie, w czasie
którego nastąpiła już niekontrolowana erupcja nienawiści. Albo – albo, kto – kogo. Wałęsa szedł po władzę i w gruncie rzeczy wiadomo było, że nikt go w tym marszu nie
powstrzyma. Lider „Solidarności” i noblista miał święte prawo czuć się zmarginalizowany. Ludzie z jego nadania robili w Warszawie wielką politykę, on zaś został skazany
na banicję w Gdańsku, a otoczenie premiera nie ukrywało, że swą historyczną misję już wypełnił.
Ale tamta wojna miała oczywiście podłoże zdecydowanie wykraczające poza czyjeś ambicje. Tadeusz Mazowiecki chciał społecznego spokoju niezbędnego dla wielkich reform. Wałęsa z kolei czuł,
że radykalnym reformom towarzyszy impas w pluralistycznej rewolucji. Zamiast partii – komitety obywatelskie, zamiast prawicy i lewicy – ułuda jednomyślności. Ambicje były
ogromne, stawka też – obóz „Solidarności” musiał ulec dezintegracji.
Obecna wojna na górze też została wywołana przez Jarosława Kaczyńskiego. Ale nie ma już Familii, Świty, Dworu, przy pomocy których Piotr Wierzbicki opisywał ówczesne obozy. Nie ma też
zmarginalizowanej części byłych opozycjonistów. Jest władza i opozycja, jest normalna polityka, jest realny pluralizm. Nie przekonuje argument, że obecnie armaty wytoczono, by walczyć o
kształt demokracji. Walka idzie o władzę. Tylko. Aż. Bohaterowie dramatu są dziś w części inni. Inne są też linie podziału. Zaskakująco inne, można powiedzieć, jeśli wziąć pod
uwagę, że wtedy bracia Kaczyńscy, Lech Wałęsa i Donald Tusk byli po jednej stronie, Jan Rokita zaś po drugiej.
Podzielone światy
Jeśli obie wojny coś łączy, to głównie temperatura i temperament, czyli temperatura sporu, a przede wszystkim jego charakterologiczne uwarunkowania. W zeszłym roku Kaczyńscy, Rokita i Tusk
przez długi czas podkreślali to, co ich łączy. Ale Tusk i Kaczyńscy nawet w czasach opozycji funkcjonowali w innych światach. Widać to było także niedługo po zakończeniu pierwszej wojny na
górze, gdy prezydentem był już Lech Wałęsa, a premierem miał być Jan Olszewski. Ludzie z otoczenia Tuska już wtedy mwili o „szaleństwie Kaczyńskiego” (Jarosława), już
wtedy opowiadali, jak to w czasie negocjacji politycznych lider PC wymachuje pistoletem. W otoczeniu Kaczyńskich już wtedy patrzono na polityków KLD jak na nuworyszy nurzających się w blichtrze
władzy i przywilejów. Te dwa światy nigdy nie mogły być sklejone. I nie były. Może poza sferą werbalną, gdy w czasach degrengolady SLD, PO i PiS łączył głód władzy i smutny
determinizm, że chcąc nie chcąc, trzeba się nią będzie podzielić. Do podziału, owszem doszło, ale nie do podziału władzy.
Dziś spór jest aż tak ostry, bo żalu i urazów jest cała masa – i z czasów tuż po rozpadzie związku, i z okresu, gdy jeden z niedoszłych małżonków cieszył się z władzy, a
drugi lizał rany. Na dodatek PiS chciało PO podzielić, co u polityków Platformy wytworzyło przekonanie, że jej przetrwanie, a tym bardziej zwycięstwo będzie wymagało jeśli nie
unicestwienia, to definitywnego pokonania przeciwnika w brutalnej z obu stron walce. Rubikonem było opublikowanie taśm z nagraniami rozmów Renaty Beger z ministrami Lipińskim i Mojzesowiczem.
Wtedy kości zostały rzucone.
PiS uznało, że oto siły zła i układu znowu niecnymi metodami próbują odebra władzę prawdziwym patriotom. Platforma z kolei uznała, że mamy oto do czynienia z ekipą politycznie i moralnie
skompromitowaną, z kolejną grupą kompletnych nieudaczników. Strachowi Kaczyńskich przed utratą władzy towarzyszyła determinacja Tuska i Rokity, by ją odzyskać i odegrać się przy okazji za
porażki sprzed roku i upokorzenia z ostatnich kilkunastu miesięcy. Dodać do tego lubość, z jaką Jarosław Kaczyński stopniuje przymiotniki, obrzuca inwektywami, podbija napięcie i werbalna
wojna domowa była gotowa.
Chłodna kalkulacja
Można odnieść wrażenie, że lider PiS, rzucając każde kolejne oskarżenie, wpada w stan głębokiego upojenia, ale błędem byłoby zakładać, że nie panuje on nad językiem. Otóż panuje. I
cynicznie używa go do swych celów politycznych. To jest spontaniczność całkowicie skalkulowana i wtedy, gdy ludzi stojących po drugiej stronie politycznej barykady porównuje do ZOMO-wców, i
wtedy, gdy sugeruje, że Rokita nie jest wprawdzie mordercą, ale następnym krokiem, jaki mógłby zrobić na swej przestępczej drodze, jest mord właśnie. Nie przez przypadek drzwi do szafy
Lesiaka uchylono dokładnie teraz. Nie przez przypadek wylatujące z niej dokumenty metodycznie cedzi się za pomocą wiernych kooperantów z RZAP, czyli Rządowej Agencji Prasowej, z nieznanych
powodów wciąż nazywanej PAP. Im więcej mówi się o Lesiaku (dobrze, że się mówi, ale dlaczego z tym tak długo czekano?), tym mniej mówi się o taśmach prawdy. Im więcej mówi się o
inwigilacji prawicy, tym mniej mówi się o inwigilacji dziennikarzy na rozkaz polityków związanych z PiS. Im bardziej atakuje się Rokitę, tym bardziej ogranicza się pole manewru Platformie,
która chciałaby z niego uczynić premiera. Im bardziej uderza się w Rokitę, tym bardziej osłabia się nurt konserwatywny w PO i tym łatwiej jest w nią walić, powtarzając, że jest siłą
liberalną, a więc niemal antypolską (nie przez przypadek najostrzej w Platformie atakowani są właśnie Jan Rokita, Bronisław Komorowski i Stefan Niesiołowski). Tu nic nie jest dziełem
przypadku. Wszystko jest absolutnie skalkulowane.
Ale mówiąc o celach gry szafą (grająca szafa Lesiaka) i ataków na Platformę w ogólności, a Rokitę w szczególności, nie wspomniałem jeszcze o celu najważniejszym. Jarosław Kaczyński
nieraz mówił, że chce po sobie zostawić silną partię. Mówił o tym o wiele częściej niż o tym, jak silną Polskę chciałby zostawić po swym premierostwie. Lider PiS musi więc mieć
obsesję wywołaną skojarzeniami z SLD. Tam też było wielkie poparcie. Tam też był podobno żelazny elektorat. Poparcie stopniało, żelazo się stopiło. Gigant w krótkim czasie skarlał.
Kaczyński wie, że może stracić władzę. Zawsze jest w końcu pisowski bezpiecznik w Pałacu Prezydenckim. Wie jednak, że o ile może przegrać wybory, o tyle nie może przegrać partii. A
przegra ją, jeśli poparcie dla PiS spadnie poniżej 15 proc. I stąd mobilizowanie elektoratu, a to szczuciem na Balcerowicza, a to napuszczaniem ludzi na Trybunał Konstytucyjny, media czy
adwokatów, a to atakowaniem Rokity. Jeśli ludzie to przesłanie kupują – a z badań wynika, że ponad 20 proc. Polaków wciąż chętnie dokonuje transakcji: poparcie za wroga na talerzu
– „to się w to wchodzi”. Klasyk Jacek Kurski, mówiąc o dziadku Tuska, tym z Wehrmachtu, bezwstydnie ujawnił cel i kontekst takiej propagandy: „To lipa, ale
ciemny lud to kupi”. W imię ludu lud się więc podszczuwa, by mógł linczować wrogów ludu i nie zastanawiać się, co robią dla niego owego ludu rzekomi obrońcy. To działa i dlatego
padają coraz ostrzejsze słowa: kłamstwo, hańba, mord. Myli się, kto sądzi, że przy takiej eskalacji i rozciąganiu języka jak gumy słów za chwilę zabraknie. Nie zabraknie. Jak będzie
trzeba, wymyśli się nowe.
Kto na tej naszej wojnie na górze zyskuje? Na krótką metę paradoksalnie wszyscy główni gracze. PiS, bo będąc w ataku, nie broni się, a więc zmniejsza niebezpieczeństwo utraty kolejnych
bramek. Elektorat identyfikuje się z – jak mówi Jarosław Kaczyński – „kierownictwem” i nie ucieka pod inne skrzydła. Zyskuje PO, bo odnajduje motyw
istnienia, wchodząc w rolę fightera, którego ludzie w tej partii i w jej liderach od miesięcy nie widzieli. A że i w PO zwycięża logika wojenna? Cóż, gdy przychodzi się do prezydenta i
żąda się, by na dzień dobry przekonał brata do przeprosin i do dymisji, trudno się dziwić, że randka trwa cztery minuty. Zyskuje też postkomunistyczna lewica. „Oto prawica znowu
się kompromituje. Jest jak zawsze. Nam też się nie podobał Miller, ale czy nie tęsknicie już za spokojem z czasów Kwaśniewskiego i Belki?”, tak chyba mówią działacze SLD na
spotkaniach z elektoratem.
Na krótką metę prawie wszyscy zyskują. Na dłuższą prawie wszyscy stracą. Nie ma już publicznej debaty. Jest wrzask. Nie ma miejsca na kompromis. Jest walka na noże. Nie ma języka dialogu.
Jest język walki. Nie ma szukania porozumienia. Jest wyniszczająca wojna. Nie ma szukania tego, co nas Polaków łączy. Jest szukanie wszystkiego, co mogłoby nas jeszcze podzielić. Gdzieś po
drodze następuje emocjonalny rozbiór Polski, z którym będziemy się borykali długo po zakończeniu obecnej wojny na górze. Rany będą głębokie, a kuracja długa. Ale kto by się przejmował
skutkami wojny na górze. Ważne jest przecież tylko to, kto będzie na górze. Czyż nie tak?
Tomasz Lis, dziennikarz telewizyjny, twórca programów informacyjnych „TVN Fakty” i „Wydarzenia”. Prowadzi w Polsacie program „Co z tą Polską”. Ostatnio opublikował „Polska, głupcze” (2006). Dziennikarz Roku w 1999 r., laureat pięciu „Wiktorów”.