"Wystarczyło kilka tygodni, by odważna i błyskotliwa teza Trybunału Konstytucyjnego (wygłoszona przy okazji badania legalności komisji Zawiszy), iż w Polsce zbyt szerokie i głębokie badanie przeszłości jest niezgodne z ustawą zasadniczą i dobrym obyczajem, zyskała kolejne potwierdzenie".
Oto bowiem gdy „Dziennik” ujawnia, iż ABW prowadzi śledztwo w sprawie zakupu przez prominentów z SLD mieszkań za grosze, reakcje świata polityki
są co najmniej letnie. Lewica stosuje starą zasadę, iż swoich kolegów nie należy dotykać nigdy, więc młodsi działaczem tej partii ledwie rzucili pewnie okiem na publikację. A poza tym
Wojciech Olejniczak pamięta zapewne sytuację sprzed kilku miesięcy, gdy i jemu zarzucono niejasne manewry mieszkaniowe. Bronił się wtedy cudownym stwierdzeniem, iż „nie rozumie
zarzutów”, a reszta partyjnych liderów dyskretnie milczała.
Platforma Obywatelska ma wprawdzie bogaty arsenał mocnych słów w obronie zdrowych reguł demokracji, ale zgodnie z dyrektywą władz partii są one zarezerwowane do ataków na Kaczyńskich. Nie ma bowiem wroga poza PiS. Któż więc może wymagać od Tuska, Schetyny czy Rokity, by w tej skomplikowanej sytuacji interesowali się mieszkaniami SLD-owskich notabli? Tylko człowiek okrutny. A Prawo i Sprawiedliwość? Pewnie kalkuluje, że i tak ma tyle wojen, więc czy warto wszczynać kolejną? Milczy więc jak pozostali. Przecież to nie Jan Rokita kupił sobie mieszkanie na Mokotowie tak znacznie poniżej rynkowej ceny.
Logika interesu partyjnego znów rządzi w Polsce. Nie ma już mowy o odnowie moralnej i nowej jakości. Jak w najlepszych latach III RP co chwila przez kraj przechodzą wielkie fale sterowanego oburzenia. Różnica z III RP jest tylko jedna: tym razem nie jest to gra do jednej bramki. Nagonki organizowane są na przemian. Ale także i teraz nie ma miejsca na historie niezaplanowane gdzieś wyżej. Takie jak właśnie opisana w tekście „Czerwony rabat”. Ta afera dziś nikomu nie pasuje, więc wszyscy zamykają oczy. Polityka, która umożliwiła przełom i od czasu afery Rywina wpuściła nieco świeżego powietrza, znowu zaczyna wypompowywać tlen. Znika troska o dobro publiczne.
Trudno. Zostawmy polityków. I tak warto wczytać się w tę historię, a zwłaszcza w tłumaczenia wysoko niegdyś postawionych nabywców wilanowskich nieruchomości. Mimowolnie odsłaniają bowiem przed nami mechanizmy działania sklepów za żółtymi firankami w III RP. Bo nie znam żadnego zwykłego człowieka, który po kilku zaledwie latach użytkowania wykupiłby luksusowe służbowe mieszkanie za cenę - tu zdania są podzielone - malucha lub używanego opla. Nie. Większość moich znajomych jak frajerzy biorą kredyty i oddają potem pół pensji bankom. Widocznie trafili do niewłaściwych deweloperów. Nie dostali „rabatu”.
Początek tej historii to po prostu przydział służbowy pod koniec PRL. Etap drugi - szybka wycena i sprzedaż za minimalną sumę w 1990 r. Potem nieśmiała próba zakwestionowania transakcji przez władze dzielnicy i wreszcie triumf praworządności: w 1992 r. Naczelny Sąd Administracyjny uznaje, iż wszystko było lege artis. Kochający praworządność nabywcy dążą jednak do uzyskania pełnego aktu własności: w 1997 i 1998 r. im się to udaje. Na aktach notarialnych widać śmieszne sumy: 1235 zł za 77 m Kwaśniewskich, 1378 zł za 93 m Millerów, 1803 zł za 113 m Oleksych. I nawet jeśli jest prawdą, że są to sumy zapłacone w 1990 r., a potem przeliczone tylko na nowe złote po denominacji, to i tak mamy do czynienia z niezłym przebiciem. Jeśli bowiem w 1990 r. średnia pensja wynosiła około miliona, to kupno wówczas 93-metrowego mieszkania za 14 mln zł, a więc 14 średnich pensji, było poza zasięgiem normalnego człowieka. A i dzisiaj za 14 średnich pensji, a więc ok. 30 tys. zł, można kupić w dobrym miejscu w Warszawie coś około trzech metrów kwadratowych. Bez kafelków, nawet odpadających, na co tak skarży się Jolanta Kwaśniewska.
A już poważnie: nie wiemy, czy popełniono przestępstwo. Ale zadziwia, że nikt tego specjalnie nie chce wyjaśnić. Czujemy, że coś tu śmierdzi. I szokuje to, jak jawnie inni zatykają nosy. Rozumiemy, że ludzie mogą mieć dość afer, ale nie podzielamy opinii, iż o złodziejstwach należy zapomnieć. No i zastanawiamy się - a może oni wszyscy kupują w takich sklepach, w sklepach za żółtymi firankami?
Platforma Obywatelska ma wprawdzie bogaty arsenał mocnych słów w obronie zdrowych reguł demokracji, ale zgodnie z dyrektywą władz partii są one zarezerwowane do ataków na Kaczyńskich. Nie ma bowiem wroga poza PiS. Któż więc może wymagać od Tuska, Schetyny czy Rokity, by w tej skomplikowanej sytuacji interesowali się mieszkaniami SLD-owskich notabli? Tylko człowiek okrutny. A Prawo i Sprawiedliwość? Pewnie kalkuluje, że i tak ma tyle wojen, więc czy warto wszczynać kolejną? Milczy więc jak pozostali. Przecież to nie Jan Rokita kupił sobie mieszkanie na Mokotowie tak znacznie poniżej rynkowej ceny.
Logika interesu partyjnego znów rządzi w Polsce. Nie ma już mowy o odnowie moralnej i nowej jakości. Jak w najlepszych latach III RP co chwila przez kraj przechodzą wielkie fale sterowanego oburzenia. Różnica z III RP jest tylko jedna: tym razem nie jest to gra do jednej bramki. Nagonki organizowane są na przemian. Ale także i teraz nie ma miejsca na historie niezaplanowane gdzieś wyżej. Takie jak właśnie opisana w tekście „Czerwony rabat”. Ta afera dziś nikomu nie pasuje, więc wszyscy zamykają oczy. Polityka, która umożliwiła przełom i od czasu afery Rywina wpuściła nieco świeżego powietrza, znowu zaczyna wypompowywać tlen. Znika troska o dobro publiczne.
Trudno. Zostawmy polityków. I tak warto wczytać się w tę historię, a zwłaszcza w tłumaczenia wysoko niegdyś postawionych nabywców wilanowskich nieruchomości. Mimowolnie odsłaniają bowiem przed nami mechanizmy działania sklepów za żółtymi firankami w III RP. Bo nie znam żadnego zwykłego człowieka, który po kilku zaledwie latach użytkowania wykupiłby luksusowe służbowe mieszkanie za cenę - tu zdania są podzielone - malucha lub używanego opla. Nie. Większość moich znajomych jak frajerzy biorą kredyty i oddają potem pół pensji bankom. Widocznie trafili do niewłaściwych deweloperów. Nie dostali „rabatu”.
Początek tej historii to po prostu przydział służbowy pod koniec PRL. Etap drugi - szybka wycena i sprzedaż za minimalną sumę w 1990 r. Potem nieśmiała próba zakwestionowania transakcji przez władze dzielnicy i wreszcie triumf praworządności: w 1992 r. Naczelny Sąd Administracyjny uznaje, iż wszystko było lege artis. Kochający praworządność nabywcy dążą jednak do uzyskania pełnego aktu własności: w 1997 i 1998 r. im się to udaje. Na aktach notarialnych widać śmieszne sumy: 1235 zł za 77 m Kwaśniewskich, 1378 zł za 93 m Millerów, 1803 zł za 113 m Oleksych. I nawet jeśli jest prawdą, że są to sumy zapłacone w 1990 r., a potem przeliczone tylko na nowe złote po denominacji, to i tak mamy do czynienia z niezłym przebiciem. Jeśli bowiem w 1990 r. średnia pensja wynosiła około miliona, to kupno wówczas 93-metrowego mieszkania za 14 mln zł, a więc 14 średnich pensji, było poza zasięgiem normalnego człowieka. A i dzisiaj za 14 średnich pensji, a więc ok. 30 tys. zł, można kupić w dobrym miejscu w Warszawie coś około trzech metrów kwadratowych. Bez kafelków, nawet odpadających, na co tak skarży się Jolanta Kwaśniewska.
A już poważnie: nie wiemy, czy popełniono przestępstwo. Ale zadziwia, że nikt tego specjalnie nie chce wyjaśnić. Czujemy, że coś tu śmierdzi. I szokuje to, jak jawnie inni zatykają nosy. Rozumiemy, że ludzie mogą mieć dość afer, ale nie podzielamy opinii, iż o złodziejstwach należy zapomnieć. No i zastanawiamy się - a może oni wszyscy kupują w takich sklepach, w sklepach za żółtymi firankami?
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|