Dziennik Gazeta Prawana logo

"Autorytety nie krzyczą ws. Lesiaka, bo nie ulegają emocjom"

12 października 2007, 13:52
Ten tekst przeczytasz w 10 minut
"Między miłością sprzed roku, która całkowicie abstrahowała od znanej Kaczyńskiemu zawartości szafy, a radykalizmem dzisiejszych oskarżeń premiera wobec Jana Rokity jest niezrozumiała przepaść, która wskazuje, że coś tu się kupy nie trzyma".
Cezary Michalski wydał przejmujący okrzyk. I to przejmujący na kilka sposobów. Po pierwsze, jest to okrzyk człowieka zawiedzionego przez starszych, których nazywa autorytetami. To musi być bolesne uczucie. Wiem to, bo 13 lat temu wydałem podobny okrzyk, kiedy uświadomiłem sobie, że „coś pękło w części opozycyjnych diamentów. Po drugie jest to okrzyk człowieka, tak zszokowanego polską rzeczywistością, że myli mu się czas przeszły z teraźniejszym. Też wiem, co to znaczy, bo kiedy wieczorami oglądam telewizję, to często mam na przemian wrażenie, że słucham Dziennika Telewizyjnego albo Wolnej Europy. Po trzecie, jest to okrzyk człowieka otwarcie, ale całkiem bezradnie zatroskanego o sprawy publiczne. Znam ten ból. I wiem, jak łatwo się narazić, gdy się człowiek z taką troską odkryje. Bo wówczas żartom i kpinom zwykle nie ma końca.

W każdym z tych sensów Michalski jest mi brat. Z jego tekstem mam jednak duży kłopot. Zwłaszcza w sprawie autorytetów. Cezary Michalski pryncypialnie je zaatakował, bo nie protestują przeciw temu, co pułkownik Lesiak robił 15 lat temu i wysnuwa stąd wniosek, że takim autorytetom nikt już nie zaufa. Mocne słowa. Ale gdyby osoby, które Cezary Michalski wymienia jako autorytety, w istocie były dla niego autorytetami, to widząc ich milczenie, zastanawiałby się, dlaczego ich zdaniem nie ma sensu specjalnie się emocjonować rzeczami, na temat których milczą. Na tym właśnie autorytet polega, że jego postawa jest drogowskazem dla osób, które go uznają. Michalski ewidentnie nie uznaje autorytetu Michnika, Jedlickiego, Dunin. I nie uznawał ich wcześniej. Nie widzę więc powodu, by odczuwał bolesne rozczarowanie ich milczeniem w sprawie taśm Lesiaka.

Kiedy warto krzyczeć

Dla mnie Jedlicki czy Michnik są autorytetami, i ja nie odczuwam smutku z powodu ich milczenia. Bo moje autorytety nie dlatego są autorytetami, że się przyłączają do wrzasku, ale dlatego, że częściej niż inni wiedzą, kiedy warto krzyczeć i kiedy nie ma to sensu. A według moich standardów krzyczeć warto wtedy, kiedy się dzieje coś złego i krzykiem można temu zaradzić. W sprawie szafy płk. Lesiaka warto więc było krzyczeć, kiedy się dowiedzieliśmy o istnieniu instrukcji 0015 i kiedy Jarosław Kaczyński na łamach „Gazety Wyborczej ogłosił sensacyjne informacje o „inwigilacji prawicy, która dziś okazuje się „inwigilacją prawicy i lewicy. Po prostu moje autorytety mają szybszy refleks niż Cezary Michalski. Redagowana przez Michnika „Gazeta Wyborcza nie musi dziś bardzo się oburzać na szafę Lesiaka, bo oburzała się na nią przed laty, gdy ujawniła tę sprawę. Wtedy ta szafa stanowiła (mogła stanowić?) zagrożenie dla polskiej demokracji. Dziś oburzanie się i emocjonowanie w związku z szafą płk. Lesiaka ma taki z grubsza sens jak awantura o sabotaż w sztabie króla Jagiełły, który doprowadził do zmarnowania wiktorii grunwaldzkiej. Sprawa jest ważna, ale dla historyków. I to szafę Lesiaka różni od bitwy pod Grunwaldem może jeszcze dla kilku bezpośrednio zainteresowanych, a obecnych w polityce osób, oraz dla prokuratorów i sędziów, którzy tamte zdarzenia ocenią z punktu widzenia prawa. Nie wydaje mi się, żeby ta sprawa sprzed 15 lat w istotny sposób zagrażała dziś polskiej demokracji. Być może wtedy jej zagrażała, ale w tym co z szafy Lesiaka opublikowano, nie ma nic mogącego świadczyć, że dziś coś nam grozi.

To jednak nie znaczy, że polskiej demokracji nie grozi już degeneracja. Takie widmo krąży teraz nad nami, a tworzy je między innymi narastająca tendencja do zastępowania rzetelnej debaty politycznej przez wielki konkurs rozmaitych kwitów wyrzucanych oraz preparowanych w miarę politycznej potrzeby i dających pretekst do snucia księżycowych wizji, emocjonalnych pomówień i bezpodstawnych insynuacji oraz do budowania mitu Polski jako Ubekistanu opanowanego przez czworokąty, sieci i układy. W tym mitologicznym opisie są oczywiście elementy prawdy, ale budowana na ich podstawie wizja jest całkowicie fałszywa. Dobrze to widać po przebiegu lustracji, która miała doprowadzić do ujawnienia przerażającej, wszechogarniającej agenturalnej sieci oplatającej Polskę i wysysającej z niej wszystkie żywotne siły. Po latach wertowania archiwów, siania nieufności, gigantycznych emocji i angażowania potężnej społecznej energii okazało się, że poważnych zarzutów nie można postawić żadnej osobie mającej realny wpływ na bieg spraw w III RP. Zatem agenci istnieli, ale odkryte i wciąż odkrywane informacje o ich funkcjonowaniu, wbrew hucznym zapowiedziom, nie dają nam klucza do zrozumienia polskiej sytuacji. Podobnie jak przecieki z WSI i szafa Lesiaka.

Mętna woda polityków

A przecież wszyscy mamy jeszcze dość świeżo w pamięci gigantyczną wagę, niedawno przywiązywaną, do sukcesu polskiej demokracji, jakim miała być słynna „lista Wildsteina. Miała ona stanowić fundament przemiany Trzeciej RP w Czwartą. Przyniosła jednak niewiele poza zmętnieniem wody, w której łatwiej jest łowić ryby politykom odwołującym się do tanich populistycznych chwytów i poza cierpieniem tysięcy niewinnych osób. Żadnego ważnego agenta nie ujawniono dzięki ogłoszeniu listy, a IPN został zawalony wnioskami zupełnie niewinnych, często zasłużonych osób, które się na niej znalazły i muszą walczyć o swoje dobre imię. Lustracyjna histeria okazała się więc gigantycznym humbugiem służącym politycznym rozgrywkom. Z sondaży wiadomo, że mimo zdominowania mediów przez zwolenników lustracji zaledwie kilkanaście procent Polaków nie zdążyło się jeszcze w tej brudnej grze połapać.

Z szafą Lesiaka jest w istocie podobnie. Są tam udokumentowane historyczne fakty, o których wszyscy już wiedzieli dzięki rewelacjom Jarosława Kaczyńskiego sprzed lat. Naprawdę nowa jest tylko jedna ważna informacja że inwigilowano zarówno prawicę, jak lewicę i Samoobronę. Natomiast wiele poważnych znaków zapytania stawiają resztki tych fragmentów akt, które zostały utajnione przez ABW. Nie jest łatwo uwierzyć, że wszystkie te fragmenty utajniono wyłącznie ze względu na tajemnice służby. Dobrze wykazał to Mirosław Czech w „Gazecie Wyborczej.

Gdy się te dwie wątpliwości połączy z intensywnością interpretacyjną, cechującą wypowiedzi prezydenta, premiera oraz ich politycznych przyjaciół, trudno jest się oprzeć wrażeniu, że w tej sprawie chodzi dziś nie tylko o prawdę. Zwłaszcza atak na Jana Rokitę, którego odpowiedzialność za działania Lesiaka nie ma żadnego potwierdzenia w opublikowanych fragmentach dokumentów, sugeruje, że mamy do czynienia raczej z próbą zainspirowania mediów i opinii publicznej, niż z dochodzeniem prawdy i sprawiedliwości. Trudno się takim przypuszczeniom oprzeć wiedząc, że Jarosław Kaczyński, który z powodu „szafy Lesiaka domaga się dziś, by Rokita odszedł z polityki, jeszcze całkiem niedawno (dobrze znając zawartość tej szafy!) oferował Rokicie stanowisko premiera, a wcześniej wielokrotnie obiecywał Polakom stworzenie wraz z Rokitą rządu, który zbuduje sprawiedliwą i praworządną Polskę. Między miłością sprzed roku, która całkowicie abstrahowała od znanej Kaczyńskiemu zawartości szafy, a radykalizmem dzisiejszych oskarżeń premiera wobec Jana Rokity jest niezrozumiała przepaść, która wskazuje, że coś tu się kupy nie trzyma. Te przypuszczenia wzmacnia też niezrozumiała zwłoka w opublikowaniu instrukcji 0015, której odtajnienie PiS dawno zapowiadał. Ludwik Dorn obiecał to Janinie Paradowskiej na początku sprawowania urzędu, a po dłuższym czasie przeprosił informując, że odtajnienie przekracza jego możliwości, bo sprawa jest w gestii ABW. To brzmi wiarygodnie. Ale pozostaje pytanie, dlaczego ABW przecież już „odzyskane dla IV RP odmawia odtajnienia. Istnieje więc domniemanie, że ciągle jeszcze nie wszystkie istotne karty zostały położone na stole. To rodzi zaś pytanie: dlaczego?, na które odpowiedzi nie znamy.

Publiczna histeria

Wszystko to sugeruje, że być może ktoś próbuje nami manipulować i dostarczając nam wyselekcjonowanych w jakimś kierunku fragmentów dokumentów, stara się przedstawić sytuację w sposób nie do końca prawdziwy. Jest też jednak jeszcze gorsza obawa. Taka mianowicie, że ktoś chce sztucznie wywołać publiczną histerię, podobnie jak wówczas, gdy w 1992 r. wywołano ją przy pomocy listy Macierewicza, a w 2005 przy pomocy lustracyjnych mitów i „listy Wildsteina. Nie wiem, czy tak jest rzeczywiście, ale taka obawa istnieje i jej prawdopodobieństwo na moje oko wynosi więcej niż 60 procent. To zapewne jest kluczowa odpowiedź na pytanie, dlaczego w tej sprawie autorytety (przynajmniej moje autorytety) milczą. Mając takie obawy, ludzie roztropni starają się bowiem nie ulegać emocjom. Bo wiedzą, że historyczna prawda i tak kiedyś wyjdzie na jaw, natomiast za uleganie histerii w polityce społeczeństwo często musi bardzo słono płacić. Na przykład gdy oddaje władzę polityczną ludziom, którzy potrafią napędzać społeczne histerie i niewiele więcej.

Obóz polityczny, który dziś rządzi Polską, napędzanie społecznych histerii opanował w stopniu niemalże mistrzowskim. Nie twierdzę, że nikt tego nie robił przed PiS-em czy POPiSem. Ale nikt nie potrafił z aż taką skutecznością koncentrować emocji społecznych na faktach tak kompletnie nieważnych (jak epizod z życia dziadka Donalda Tuska), wyssanych z brudnego palucha (jak sprawa Jaruckiej, która była największym wyborczym oszustwem niepodległej Polski), czy przewartościowanych (jak opanowanie mediów przez WSI, co potwierdzają tylko mocno wątpliwe zarzuty pod adresem mało znanego poza światem mediów redaktora jednej z prywatnych stacji). To napędzanie absurdalnych histerii jest dziś autentycznym i naprawdę groźnym niebezpieczeństwem wiszącym nad polską demokracją.

Nic się nie da poradzić na to, że spora część mediów staje się narzędziem takiej nieczystej gry niszczącej mechanizm demokracji, utrudniającej wyborcom podejmowanie racjonalnych decyzji, blokującej debatę na temat prawdziwych zagrożeń. Media ze swojej natury koncentrują się na mających wysoką temperaturę tematach, by przyciągnąć uwagę odbiorców. Łatwo poddają się więc prowokacjom sprytnych polityków zmierzających do wywołania histerii. Zwłaszcza, gdy ci politycy podpierają się autorytetem władzy. Całkiem niedawno pół świata oszalało ze strachu przed płynnymi bombami, rozrywającymi samoloty w powietrzu, choć prosty eksperyment wskazuje, że tego się zrobić nie da. Wcześniej pół świata umierało ze strachu przed bronią chemiczną Saddama, choć nie było żadnych racjonalnych dowodów, że ona istnieje. Polska niedawno umieraa ze strachu przed agenturą w samym jądrze państwa, choć jej istnienia nigdy się nie udało potwierdzić. Za każdym razem duża część mediów bezkrytycznie powtarzała kłamstwa polityków. Takich przykładów jest multum.

Trzeba więc przyjąć, że współczesne media są histeryczne z natury. Ale nie można chyba oczekiwać, że do każdej takiej polityczno medialnej histerii będą się gremialnie włączali ludzie roztropni i dbający o swoją wiarygodność, których Cezary Michalski nazywa autorytetami i którzy dla wielu osób są nimi rzeczywiście. Bo ich autorytet właśnie stąd się bierze, że zwykle trafniej niż inni oceniają znaczenie różnych informacji i warzą swoje reakcje.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj