Dziennik Gazeta Prawana logo

"Jesteśmy historycznymi tchórzami"

12 października 2007, 13:53
Ten tekst przeczytasz w 9 minut
Jest szansa, że film o zbrodni katyńskiej „Post mortem. Opowieść katyńska” w reżyserii Andrzeja Wajdy stanie się filmowym hitem. Andrzej Mularczyk - autora scenariusza do tego najbardziej oczekiwanego polskiego filmu - opowiada w DZIENNIKU o pracy nad filmem.

Krzysztof Jarosiński: Wielokrotnie pan powtarzał, że nie ceni filmu, a tymczasem napisał pan kolejny filmowy scenariusz i to w dodatku do filmu, który mimo że dopiero ruszyły zdjęcia, jest najbardziej wyczekiwanym polskim obrazem. Pisze pan z przekory, poczucia misji czy jakichś innych pobudek?
Andrzej Mularczyk: Jestem starym człowiekiem i już 50 lat obijam się wokół filmu i nie znoszę, nienawidzę filmu. To jeden z najniższych gatunków przekazu artystycznego, gdyż jest tak konkretny i obrazkowy, że aż strach. Ja natomiast odpowiadam za słowa. Piszę scenariusze, bo jest to pewne wyzwanie. Mam dużo losów ludzkich w głowie i w notatkach, które są warte opowiedzenia w filmie. Wiem jednak, że gdy oddaję scenariusz, przestaję być ich właścicielem. Zdecydowanie lepiej się czuję, pisząc książkę czy słuchowisko radiowe. Wtedy zdaję się tylko na wyobraźnię odbiorców.

Co pana wobec tego kusi i ciągnie do filmu?
Od 50 lat nie umiem znaleźć odpowiedzi. Pół wieku temu napisałem pierwszy scenariusz zatytułowany „Wielkie słońca. Była to historia chłopca, który za harcerskie, niepodległościowe zabawy polegające na malowaniu w różnych miejscach wielkiego słońca, został skazany na 12 lat więzienia. Wyszedł w 1956 roku. Napisał do mnie z prośbą o ratunek nie chciano go przyjąć na studia, miał problemy w wielu sferach życia. Doszedł do wniosku, że jeśli o nim napiszę reportaż, to jego życie się zmieni. Rzeczywiście napisałem artykuł w tygodniku „Świat i tym mu pomogłem. 50 lat później, czyli całkiem niedawno, zadzwonił do mnie z Ameryki (jest milionerem), powiedział, że będzie w Pasłęku, bo chce ufundować tablicę na cześć kolegów, z którymi siedział w więzieniu. Spotkaliśmy się, a on mi na to, że ten reportaż ma całe życie przy sobie. Mówię to dlatego, żeby udowodnić, że jestem właścicielem ludzkich losów i słów. A słowo w scenariuszu nic nie znaczy jest tylko propozycją, ulega różnym adaptacjom i to jest dla mnie zrozumiałe. Mam dramaturgiczne podejście do życia i pisanie dla filmu jest dla mnie pewnym wyzwaniem, odpowiedzeniem sobie na pytanie, czy potrafię ten los prawdziwy, zdokumentowany skonafabulować tak, by stał się on propozycją filmową. To rodzaj zmagania z samym sobą.

Scenariusz „Wielkiego słońca nigdy jednak nie trafił na filmowy plan. Dlaczego?
Został zdeptany przez krytykę i cenzurę. Mam go nadal w szufladzie. Przeczytałem go niedawno i niewiele bym w nim zmienił. Mam wrażenie, że siłą tego scenariusza jest prawda życia. Taką prawdę starałem się też zawrzeć w „Post mortem.

Czy to właśnie z powodu scenariusza pana autorstwa rozpoczęcie zdjęć do „Post mortem. Opowieść katyńska odkładano kilkakrotnie?
Nie. Miałem całkowitą autonomię tworzenia architektury tego scenariusza. Kiedy moja rola się spełniła, oddałem gotowy projekt Andrzejowi Wajdzie. To był maj zeszłego roku. Wtedy scenariusz przeszedł pod władanie mistrza. Twierdzę, że każdy film powstaje trzy razy: w wyobraźni scenarzysty, w wyobraźni reżysera i na planie zdjęciowym. Wynika z tego, że scenarzysta odpowiada za film zaledwie w jednej trzeciej. Mam zamiar wydać książkę ze scenariuszem do tego filmu. Dzięki niej czytelnicy i widzowie będą mogli zbadać, jakie są różnice pomiędzy tym, co napisałem, a tym, co wyreżyserował Andrzej Wajda. Mam nadzieję, że książka ukaże się w kwietniu przyszłego roku, wraz z premierą filmu.

Jednak Andrzej Wajda pytany o jego wkład w historię opowiadaną w filmie, twardo mówi, że za scenariusz odpowiada w całości pan...
Przyjęliśmy zasadę pełnej autonomii. Wiem, że pan Andrzej jeszcze pracował nad tym scenariuszem. Oczywiście, zdarzało się, że konsultowaliśmy swoje propozycje. Łączy nas to samo pokolenie i pragnienie zrobienia filmu o Katyniu. Doszliśmy do wniosku, że tego samego dnia dotarła do nas informacja o zbrodni katyńskiej. Jest kwiecień 1943 roku, mam 13 lat. Siedzę na wspaniałym dębie w Konstancinie. Do drzewa podbiega mój kolega Wojtek Lipski i mówi: „Chyba twój tata nie żyje. Podaje mi Nowy Kurier Warszawski, w którym jest lista zamorodowanych w Katyniu polskich żołnierzy... Musiałem popełnić kłamstwo. Wiedziałem, że mój ojciec żył, ale nie mogłem o tym nikomu powiedzieć. W tym czasie był on szefem Inspektoratu Armii Krajowej Radom-Kielce i powszechnie było wiadomo, że od 1939 roku był w niewoli. Ten słoneczny kwietniowy dzień pamiętam tak, jakby to było wczoraj. Myślę, że podobny dzień przeżył Andrzej Wajda, tyle że jego ojciec został naprawdę zamordowany.

To, że w okresie PRL-u nie powstał film o zbrodni katyńskiej, można próbować zrozumieć. Jednak od 1989 roku minęło już 17 lat. Dlaczego pana zdaniem przez tak długi czas nie powstał film o Katyniu?
A dlaczego nikt dotąd nie sfilmował historii pani Sendlerowej, która uratowała podczas wojny dwa tysiące żydowskich dzieci? Nie, bo my czekamy, aż filmy ważne dla naszej historii, naszego narodu zrobią za nas inni. To bolesne, że tak długo się wahaliśmy. Pierwszy dokument o Katyniu widziałem w 70. latach na jakimś tajnym, piwnicznym pokazie. Proszę sobie wyobrazić, że ten film nie był autorstwa Polaka tylko Węgra. On bardzo jasno mówił, kto opowiada za zbrodnię katyńską. Już wtedy zadawałem sobie pytanie dlaczego tego filmu nie zrobił polski twórca. Jesteśmy tchórzliwi.
Wiem, że Andrzej Wajda bardzo długo szukał tej materii, która jemu odpowiada. Katyń to zbrodnia z przeszłości, która nie minęła. Dopóki nie pochowamy naszych zmarłych, to nie będziemy mogli normalnie, spokojnie żyć, nie będziemy wolni. Ta elegia na cześć rozstrzelanej przez Sowietów polskiej inteligencji powinna wywołać wstyd ból i przerażenie, i uświadomić po tej zbrodni i tym straszliwym kłamstwie wiat dalej toczył się swoimi koleinami, tolerował kolejne zbrodnie.

Świadków zbrodni w zasadzie już nie ma. W jaki sposób pracował pan nad scenariuszem? Czy korzystał pan z dokumentów, rozmawiał z rodzinami ofiar?
Jacyś świadkowie zbrodni katyńskiej jednak byli. Tylko my, Polacy nie umieliśmy i z jakichś powodów nie chcieliśmy do nich dotrzeć. Oddaliśmy walkowerem część naszej historii. Nie zdokumentyzowaliśmy jej wtedy, kiedy ona mogłaby być niejako złapana za rękę. Jestem głównie autorem literatury faktu i też siebie za to obwiniam. Oczywiście prace nad scenariuszem zacząłem od dokumentacji i to, co napisałem, jest na tej dokumentacji oparte.

A czy punktem wyjścia do napisania scenariusza nie była historia opowiedziana panu przez Andrzeja Wajdę, a dotycząca śmierci jego ojca w jednym z sowieckich obozów?
W pewnym sensie tak. Otrzymałem od pana Andrzeja dyrektywę. Sformułował on kilka punktów, w których sformułował, czego oczekuje w tym scenariuszu. Znalazła się tam informacja o kobiecie, która czeka na swojego męża i nie wierzy, że został on rozstrzelany w Katyniu. W takiej sytuacji była właśnie matka pana Wajdy. To jest bardzo osobista historia. Podobną opowieść słyszałem od innej rodziny. Oni czekali na swojego męża i ojca do lat 50. Biegli do drzwi na każde pukanie, z drżącymi rękami otwierali każdy list...

Nie obawia się pan kontrowersji zarówno wokół scenariusza, jak i filmu?
Wiem, że one będą. Kiedy przygotowywałem się do pisania, spotykałem się z wieloma osobami i muszę stwierdzić z przykrością, że to środowisko rodzin katyńskich jest bardzo podzielone. Występują pomiędzy nimi różne animozje i z pewnością też mają różne oczekiwania wobec tego filmu. A mnie osobiście obchodzi pojedynczy los i wierność historyczna. Natomiast problemy, czy przewozić prochy do Polski, czy zostawić tam, są poza moim zakresem zainteresowań. Wiem oczywiście, że po premierze książki i filmu ludzie bezpośrednio zainteresowani zbrodnią katyńską będą komentowali naszą pracę i nie obejdzie się bez krytycznych komentarzy. Katyń jest wciąż bardzo bolesną sprawą i film może być zapłonem do różnych reakcji. Może tak ma być. Gorzej by było, gdyby „Post mortem podobało się wszystkim. Świadczyłoby to tylko o tym, że powstał film niezbyt wysokich lotów.

Marzy pan o tym, żeby „Post mortem zmienił bieg historii i sprawił, żeby Rosjanie przyznali się do zbrodni ludobójstwa?
Tak się nie stanie. Trochę mnie ciekawi, czy ten film będzie pokazywany w rosyjskich kinach, czy też będzie na niego embargo. Wiem na pewno, że Rosjanie nie podejdą do niego entuzjastycznie, więcej on ze względu na swoją treść im się po prostu nie spodoba. Jednak tak naprawdę jest mi to zupełnie obojętne. Uważam bowiem, że nie liczą się cierpienia narodu, tylko cierpienia poszczególnych jednostek i to starałem się pokazać. Wydaję mi się, że siły cierpienia nie można mnożyć przez liczby. Jak do filmu ustosunkują się Rosjanie to zagadnienie dla politologów. Mnie zajmuje, czy ta Anna przeżyje wiadomość o śmierci męża w Kozielsku, czy zdoła żyć na nowo, czy zasklepi się w cierpieniu i nie wyjdzie życiu na przeciw. Nie szukam odpowiedzi na pytania polityczne, bo uważam, że sztuka tylko dalekim rezonansem może uderzyć w sprawy polityczne.

Jednak film „Post mortem. Opowieść katyńska będzie, jeśli już nie jest, sprawą narodową...
Oczywiście. Już przez sam temat i nazwisko najwybitniejszego polskiego reżysera.

Czy uważa pan, że film o zbrodni i kłamstwie katyńskim zainteresuje młodych ludzi urodzonych i wychowanych po 1989 roku? Czy będzie on lekcją historii z jednej strony, z drugiej zaś pasjonującą fabułą?
Będzie lekcją historii, ale wszyscy dobrze wiemy, jak niechętnie chodzi się na lekcje historii. Naszym obowiązkiem jest zrobić taki film, który będzie tak intensywny, tak ekscytujący, żeby widzowie razem z bohaterami przeżywali ból, gorycz i przerażenie. Wiele zależy od siły wybuchu tego filmu. Należy wierzyć, że Andrzej Wajda potrafi operować dynamitem.

Andrzej Mularczyk - Od 50 lat scenarzysta. Wieloletni współpracownik Andrzeja Wajdy. Ojciec sucesu „Samych swoich i „Domu.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj