Jest jeden warunek. Że pewne bardzo duże supermocarstwo zechce ten problem rozwiązać. Istnieje przecież pewien ważny kraj, który posiada możliwości militarne, gospodarcze i polityczne pozwalające nie tylko zmusić Koreę Północną do rezygnacji z bomby, ale nawet obalić obecny reżim.
Tym bardzo dużym supermocarstwem są oczywiście Chiny. Rząd chiński, który wyraził szok i przerażenie oraz oświadczył, że "całkowicie sprzeciwia" się
północnokoreańskiej bombie, ma więcej środków nacisku na reżim Kim Dzong Ila niż wszyscy pozostali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ (a nawet Zgromadzenia Ogólnego) razem wzięci. Gdyby
kierownictwo chińskie zapragnęło upadku północnokoreańskiego reżimu, nie musiałoby się bawić w sankcje i blokady. Mogłoby odciąć dostawy energii lub żywności do Phenianu czy
całkowicie zerwać stosunki handlowe.
Uchodźcy rozwiązaniem
Albo, żeby było jeszcze prościej i szybciej, Chiny mogłyby zastosować ten sam manewr, który doprowadził kiedyś do upadku NRD: zamiast zamykać
liczącą 1416 kilometrów granicę z południowym sąsiadem, Chiny mogłyby ją otworzyć – dla ludzi. Według szacunków rządu amerykańskiego od 10 do 30 tys. północnokoreańskich uchodźców przedostało się w ostatnich latach przez
granicę i teraz mieszkają nielegalnie w ChRL. Według niektórych niezależnych ocen liczba ta jest bliższa 300 tys. Niezależnie od tego,
kto ma rację, nie ulega wątpliwości, że uciekinierów byłoby nieporównanie więcej, gdyby Chińczycy ich tak czujnie nie wyłapywali i nie odsyłali do kraju, w którym czekają ich tortury i
więzienie. Nie dalej jak w zeszłym tygodniu, kiedy nikt nie miał głowy do takich drobiazgów, Chiny zwiększyły tę czujność, dodając nowe odcinki płotu zwieńczonego drutem kolczastym, a
nawet deportując niektórych mieszkańców regionu przygranicznego. Pewien chiński urzędnik powiedział ponoć gazecie w Hongkongu, że Państwo Środka przygotowuje się do operacji zatrzymania fali 500 tys. uchodźców. Gdyby taka liczba mieszkańców Korei Północnej rzeczywiście próbowała uciec,
mogłoby to doprowadzić do upadku reżimu.
Ale skoro Chiny są władne uratować lub zniszczyć Kim Dzong Ila, to jakim cudem Stany Zjednoczone stały się w jakimkolwiek sensie odpowiedzialne za północnokoreański program atomowy? W przeciwieństwie do Chin Ameryka nie ma dyplomatycznych narzędzi nacisku na Koreę Północną, nie ma znaczących stosunków handlowych z tym krajem i ani kilometra wspólnej granicy. A przecież to Stany Zjednoczone wzięły na siebie zadanie przekonania Rady Bezpieczeństwa – której Chiny są stałym członkiem – do nałożenia wątłych sankcji, które przypuszczalnie nie odniosą żadnego skutku.
Oczywiście występuję tutaj w roli adwokata diabła: zdaję sobie sprawę, że USA mają zobowiązania wobec Japonii oraz że nasza ponad 50-letnia obecność na Półwyspie Koreańskim czyni z
nas ważnego uczestnika tej dyskusji. Rozumiem też, że mamy zobowiązania moralne wobec Południowych Koreańczyków, aczkolwiek większość z nich już dawno przestała być nam wdzięczna za
pomoc. Jednocześnie wydaje się bardzo dziwne, żeby amerykańscy dyplomaci musieli brać na swoje barki problem, którego nie mogą rozwiązać – i jeszcze dziwniejsze, że robią to w
imieniu kraju, który problem ten rozwiązać potrafi. Ponadto Chiny nie tylko mają największy wpływ na Koreę Północną, ale również wraz z Koreą Południową i Japonią należą do krajów
najbardziej zagrożonych północnokoreańską bombą A.
Pekin w zasięgu rakiet
To Chiny, a nie USA, wpadną w wir azjatyckiego wyścigu zbrojeń, jeśli Japonia i Korea Południowa uznają za konieczne się znuklearyzować. To
Chiny, a nie USA odczują skutki opadu radioaktywnego, jeśli Korea Północna rzeczywiście użyje broni jądrowej. Nie ma jasności, czy północnokoreańskie rakiety mogą dolecieć do Hawajów,
nie ulega natomiast kwestii, że Pekin, Szanghaj i Hongkong pozostają w ich zasięgu. Czy zatem nie powinien to być problem Chin, a nie nasz?
Nasze zaangażowanie nie jest pozbawione konsekwencji i na różne sposoby negatywnie odbija się na amerykańskich interesach. Zdobycie broni jądrowej przez Kim Dzong Ila jest postrzegane jako amerykańska porażka dyplomatyczna. Winą za północnokoreańską eksplozję obarcza się administrację Busha, a nie rząd chiński, który wspiera reżim swego południowego sąsiada. Całą sprawę zaczyna się traktować jak kolejną ilustrację amerykańskiej niemocy.
Nie jest w tym momencie możliwe, żeby po prostu wstać i wycofać się z tej kwestii czy w ogóle z całego zagadnienia nierozprzestrzeniania broni jądrowej. Ale następnym razem, jeśli będzie następny raz, może powinniśmy podejmować działania antyproliferacyjne w tych krajach i regionach, w których mamy jakieś wpływy – w których mamy przynajmniej szansę na udział w dyskusji.
Anne Applebaum, amerykańska publicystka, stała komentatorka "The Washington Post". Specjalizuje się w stosunkach międzynarodowych, znawczyni spraw rosyjskich. Autorka "Gułagu", za który w 2004 roku otrzymała nagrodę Pulitzera.