Nie zdążyliśmy się jeszcze na dobre zastanowić nad sensem afery z faszystowskimi zachowaniami członków Młodzieży Wszechpolskiej, stworzonej i wypromowanej przez obecnego wicepremiera Giertycha, a sprawę już zaćmiła tzw. seksafera w Samoobronie - mówi "Faktowi" Ireneusz Krzemiński.
Ta druga okazała się o wiele bardziej wciągająca. Wszak zaglądanie do łóżek innych, zwłaszcza polityków, zawsze ludzi ekscytuje. Tak więc w bardzo krótkim
czasie opinia publiczna zobaczyła, jak naprawdę żyją i kim są koalicjanci Prawa i Sprawiedliwości. Zresztą, dla znacznej części Polaków nie było to o tyle nic nowego, że mieli złe zdanie
o obu radykalnych, choć inaczej, partiach. Co innego jednak mieć "złe zdanie", a co innego zobaczyć rozochoconych młodzieńców i dziewczęta, palących pochodnie w formie
swastyki oraz niemal płaczącego Leppera i kolejne panie, opowiadające o seksualnych usługach, które świadczyły posłom Samoobrony za pracę.
Powstała zatem sytuacja, która dla znacznej części polskich wyborców mogła się wydać bardzo pożądaną okazją do zmiany kształtu koalicji. Polacy, jak większość demokratycznych społeczeństw, nie lubią ekstremistów i radykałów, i odetchnęliby z ulgą, gdyby Giertych i Lepper zniknęli z rządu, zwłaszcza, że wydają się go kompromitować w wieloraki sposób. Sam widziałem możliwość wykorzystania nadarzającej się okazji przez premiera Kaczyńskiego, aby wyeliminować kompromitujących koalicjantów i zmienić obraz swego rządu.
Tym bardziej że powstała sytuacja niewątpliwie kompromituje Samoobronę, a sam przewodniczący ratując swą skórę, postanowił wyrzucić z partii posła Łyżwińskiego. Gdyby coś podobnego zdarzyło się gdziekolwiek w Europie, to bez względu na możliwe późniejsze oczyszczenie niesłusznie oskarżonych polityków, sami podaliby się do dymisji, albo przynajmniej zawiesili swoje publiczne funkcje. U nas – odwrotnie: przedmiotem ataku są dziennikarze i fundamentalna wartość współczesnych demokracji, czyli wolność słowa i przekonań.
Jak pokazały ostatnio wybory samorządowe, LPR, partia Giertycha, praktycznie znika ze sceny politycznej. Zaś stan wyborczego posiadania Samoobrony znacząco się zmniejszył. Można z góry założyć, że po tym, co się teraz dzieje, ulegnie dalszemu ograniczeniu. Stwarza to sytuację niezwykle korzystną dla szefa rządu i PiS. Położenie obu przywódców na dobrą sprawę powinno ich zmusić do zachowania lojalnej koalicji sejmowej nawet za cenę rezygnacji z rządowych stanowisk.
Urzędnicy obu partii, w tym - co warto przypomnieć - kilku młodych urzędników ministerialnych, wywodzących się z Młodzieży Wszechpolskiej - okazują niekompetencję i zgoła szkodliwość na zajmowanych stanowiskach. Od dawna też psują drastycznie obraz Polski wśród naszych europejskich i ostatnio – amerykańskich sojuszników. Nic dziwnego, że zdeterminowany Giertych odciął się od Młodzieży Wszechpolskiej!
Widać z tego, że próba wyeliminowania zarówno przywódców obu partii, jak i wielu ich nieudolnych współpracowników z rządu raczej upadła. Lecz to taki kierunek działania bardzo przypadłby do gustu wielu bardziej wykształconym, a potencjalnym wyborcom PiS, których w tej chwili koalicja z LPR i Samoobroną od poparcia tej partii odpycha. Pozbycie się tych koalicjantów na pewno polepszyłoby obraz PiS także wśród "zwykłych ludzi".
Ba, rzecz w tym, że nie wiadomo, czy naprawdę kompromitujący nie tylko koalicję, ale polską politykę przedstawiciele LPR i Samoobrony są naprawdę "radykałami" w koalicji z PiS. Po tym, jak zachowuje się w tych dniach premier Kaczyński, a zwłaszcza jego ostatnie oświadczenia, najwyraźniej wspierające pomysły naprawdę ograniczenia wolności słowa i mediów stawiają nas przed tym pytaniem. Reakcja rozwścieczonych polityków jest zrozumiała; podobne inicjatywy ograniczenia wolności mediów pojawiały się już, co warto przypomnieć, za rządów Millera i powinny one wywołać, co najwyżej, spokojny śmiech opinii publicznej. Ale stwierdzenia premiera rządu, popierającego "dyscyplinowanie” prasy i mediów – to już sprawa bardzo poważna i powinna raczej opinię publiczną zaniepokoić. Być może bowiem, to nie Lepper, ani Giertych są prawdziwymi „radykałami”, lecz sam przewodniczący Prawa i Sprawiedliwości?
Ireneusz Krzemiński, profesor socjologii
Powstała zatem sytuacja, która dla znacznej części polskich wyborców mogła się wydać bardzo pożądaną okazją do zmiany kształtu koalicji. Polacy, jak większość demokratycznych społeczeństw, nie lubią ekstremistów i radykałów, i odetchnęliby z ulgą, gdyby Giertych i Lepper zniknęli z rządu, zwłaszcza, że wydają się go kompromitować w wieloraki sposób. Sam widziałem możliwość wykorzystania nadarzającej się okazji przez premiera Kaczyńskiego, aby wyeliminować kompromitujących koalicjantów i zmienić obraz swego rządu.
Tym bardziej że powstała sytuacja niewątpliwie kompromituje Samoobronę, a sam przewodniczący ratując swą skórę, postanowił wyrzucić z partii posła Łyżwińskiego. Gdyby coś podobnego zdarzyło się gdziekolwiek w Europie, to bez względu na możliwe późniejsze oczyszczenie niesłusznie oskarżonych polityków, sami podaliby się do dymisji, albo przynajmniej zawiesili swoje publiczne funkcje. U nas – odwrotnie: przedmiotem ataku są dziennikarze i fundamentalna wartość współczesnych demokracji, czyli wolność słowa i przekonań.
Jak pokazały ostatnio wybory samorządowe, LPR, partia Giertycha, praktycznie znika ze sceny politycznej. Zaś stan wyborczego posiadania Samoobrony znacząco się zmniejszył. Można z góry założyć, że po tym, co się teraz dzieje, ulegnie dalszemu ograniczeniu. Stwarza to sytuację niezwykle korzystną dla szefa rządu i PiS. Położenie obu przywódców na dobrą sprawę powinno ich zmusić do zachowania lojalnej koalicji sejmowej nawet za cenę rezygnacji z rządowych stanowisk.
Urzędnicy obu partii, w tym - co warto przypomnieć - kilku młodych urzędników ministerialnych, wywodzących się z Młodzieży Wszechpolskiej - okazują niekompetencję i zgoła szkodliwość na zajmowanych stanowiskach. Od dawna też psują drastycznie obraz Polski wśród naszych europejskich i ostatnio – amerykańskich sojuszników. Nic dziwnego, że zdeterminowany Giertych odciął się od Młodzieży Wszechpolskiej!
Widać z tego, że próba wyeliminowania zarówno przywódców obu partii, jak i wielu ich nieudolnych współpracowników z rządu raczej upadła. Lecz to taki kierunek działania bardzo przypadłby do gustu wielu bardziej wykształconym, a potencjalnym wyborcom PiS, których w tej chwili koalicja z LPR i Samoobroną od poparcia tej partii odpycha. Pozbycie się tych koalicjantów na pewno polepszyłoby obraz PiS także wśród "zwykłych ludzi".
Ba, rzecz w tym, że nie wiadomo, czy naprawdę kompromitujący nie tylko koalicję, ale polską politykę przedstawiciele LPR i Samoobrony są naprawdę "radykałami" w koalicji z PiS. Po tym, jak zachowuje się w tych dniach premier Kaczyński, a zwłaszcza jego ostatnie oświadczenia, najwyraźniej wspierające pomysły naprawdę ograniczenia wolności słowa i mediów stawiają nas przed tym pytaniem. Reakcja rozwścieczonych polityków jest zrozumiała; podobne inicjatywy ograniczenia wolności mediów pojawiały się już, co warto przypomnieć, za rządów Millera i powinny one wywołać, co najwyżej, spokojny śmiech opinii publicznej. Ale stwierdzenia premiera rządu, popierającego "dyscyplinowanie” prasy i mediów – to już sprawa bardzo poważna i powinna raczej opinię publiczną zaniepokoić. Być może bowiem, to nie Lepper, ani Giertych są prawdziwymi „radykałami”, lecz sam przewodniczący Prawa i Sprawiedliwości?
Ireneusz Krzemiński, profesor socjologii
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|