Dziennik Gazeta Prawana logo

"Dunin nie będzie mi wyznaczać, co jest lewicowe"

12 października 2007, 14:42
Ten tekst przeczytasz w 11 minut
"Rządy lewicy to były szczęśliwe lata dla Polski" - nie ma najmniejszych wątpliwości Józef Oleksy. Polityk SLD mówi w wywiadzie dla DZIENNIKA o swojej działalności publicznej i swoim rozgoryczeniu tym, jak został potraktowany w polskiej polityce.
ROBERT MAZUREK, PIOTR ZAREMBA: Ostatni zjazd PZPR. Tam rodziła się postkomunistyczna lewica.
JÓZEF OLEKSY: Sala Kongresowa, "Sztandar wyprowadzić" i moje wahanie. Byłem rozczarowany PZPR, uważalem, że kończy w złym stylu. Zdecydowałem, że nie wchodzę do nowej partii i powiedziałem o tym Aleksandrowi Kwaśniewskiemu. On zrobił wrażenie, że się tym przejął. Wcześniej ogłosił, że zgodzi się być szefem nowej partii, jeśli 60 osób w Radzie Naczelnej będzie wskazanych przez niego. I mnie widział w tej grupie.

Jak wyglądały wtedy wasze stosunki?
Znaliśmy się z ZSP. Od Okrągłego Stołu byliśmy blisko i politycznie, i towarzysko. Kwaśniewski mnie wprowadzał w towarzystwo Adama Michnika i Jacka Kuronia. To jakoś nobilitowało, bo być blisko z Michnikiem oznaczało dla ludzi lewicy postkomunistycznej jakieś "wyróżnienie". Był on przecież postacią niepospolitą, swoje znaczenie miało to, że był naczelnym "Gazety Wyborczej", czyli posiadał instrument do uprawiania polityki, wystawiania ocen. Kwaśniewski, który był blisko Michnika, przejął od niego pewien styl uprawiania polityki polegający na legitymizowaniu lewicy wobec części obozu "Solidarności". To był związek towarzyski i polityczny, spowodowany wspólnotą poglądów, który potem zdefiniował drogę polityczną Kwaśniewskiego, jego słabość do środowiska Unii Wolności.

Wróćmy do Sali Kongresowej.
Tam za kulisami, przy fortepianie, Kwaśniewski przekonywał mnie do przyłączenia się. Szczerze powiedziałem, że mam dość. Że jestem młodym naukowcem, odchodzę. I poszedłem na spacer po mieście. Wróciłem wieczorem po swoje rzeczy i okazało się, że jednak zgłosił mnie do Rady Naczelnej i mnie wybrano.

Co za poświęcenie! W 1989 roku wchodzi pan do Sejmu. Potem apogeum sprawy moskiewskich pieniędzy.
Byłem krytyczny, ale imiennie tego nie adresowałem wobec Millera i Rakowskiego. Nie przypisywałem im złych intencji.

Cały pan!
Ale przecież mówiłem o "rakodiengach". Uważałem, że to było nieostrożne, zwłaszcza w momencie przełomu, i zupełnie niepotrzebne, bo były pieniądze po PZPR. To był zły ruch.

Co pana tak oburzało? Wszyscy byliście na pasku Moskwy bardziej lub mniej oficjalnie.
Nieprawda! Byliśmy samodzielną partią. Bywało, że w KC pokpiwaliśmy z towarzyszy radzieckich.

Jak nikt nie słyszał.
Także w ich obecności, panowie, także w ich obecności. Byliśmy systemowo niezależną partią. Kierownictwo oczywiście liczyło się z Moskwą, ale nie było ślepego podporządkowania. A w sprawie moskiewskiej pożyczki wszyscy byliśmy zaskoczni.

Cimoszewicz przynajmniej nie chciał zostać szefem klubu lewicy w 1991 roku, żądając, by Miller nie składał ślubowania.
Cimoszewicz zawsze był taki ostrożny. Tu wykorzystał sprawę pieniędzy do zademonstrowania swojej niezależności i stanowczości. Mówił wtedy nie tylko o Millerze, ale i o Szmajdzińskim, Jaskierni i Janiku. Przegrał, bo oni weszli do Sejmu z dobrymi wynikami. Nie okazał się więc skuteczny. Dlaczego więc tak ustawiał ludzi?

Nie był aparatczykiem.
Był szefem komitetu partii na Uniwersytecie Warszawskim. Przestańcie z tym sztucznym kryterium pracy w aparacie! Nie uważam, żeby ktoś był gorszym patriotą niż Cimoszewicz tylko dlatego, że pełnił funkcje partyjne.

Miller groził, że za wypowiedzi o moskiewskich pieniądzach da panu w zęby.
Co za brukowe określenie... Bardzo się irytował moim dociekaniem w tej sprawie. I na posiedzeniu prezydium partii było bardzo niesympatycznie. Wyszedłem, a wieczorem odwiedzil mnie Leszek Miller z Aleksandrem Kwaśniewskim i tłumaczyli mi "dziejową konieczność".

Tam musiało morze wódki popłynąć.
Mają panowie dziwne skojarzenia.

Rozumiemy, że podaje pan w wątpliwość możliwości Kwaśniewskiego, bo Miller to twardszy zawodnik.
To prawda, choć na tym polu się z nim nie próbowałem. Ale to rzeczywiście twardy, nawet bezwzględny polityk.

Na początku lat 90. był pan jednym z najważniejszych działaczy lewicy.
Mówiono, że największy wpływ na partię mają Kwaśniewski, Miller i ja. Przypadało nam w udziale przeprowadzenie lewicy z postkomunizmu do nowych czasów i przetrwanie tej żądzy odwetu ze strony prawicy. Po wyborach 1991 roku byłem wiceszefem partii i klubu. Obu szefował Kwaśniewski. Obaj z Cimoszewiczem bardzo chcieli być liderami.

Dlaczego udało się Kwaśniewskiemu?
Bo był bardziej elastyczny i wizjonerski, a w polityce okresu przełomu nie można być zasadniczym. Kwaśniewski łagodził spory i znakomicie czuł zmianę czasów. Zawsze był socjalliberałem. Aplikował lewicy dużą dawkę liberalizmu, bo wiedział, że lewica musi poprzeć reformy rynkowe, co wtedy nie było takie pewne. A Cimoszewicz jest osobowością radykalną, stanowczą, czasem bezwzględną. To barwna, czasem przesadnie wyrysowana postać. Sam sobie czasem szkodził przesadną pryncypialnością, jak wtedy, w 1991 roku. A to on był programowo bliższy lewicy niż inni.

Ale czy te spory odgrywały jakąkolwiek rolę? Sam pan mówi, że chodziło najpierw o przetrwanie, a potem o powrót do władzy.
Spory ideowe odgrywały i odgrywają u nas dużą rolę. To wy nam przykleiliście etykietę ludzi obrotowych, co jest cakowitą nieprawdą. Apogeum prawdziwych sporów stały się konkordat i narodowe fundusze inwestycyjne.

W 1993 roku wygraliście na fali sentymentu do PRL, a potem prowadziliście zupełnie inną politykę. Wypowiedział pan wtedy znamienne zdanie: Nie będziemy zakładnikami elektoratu.
To zostało zmanipulowane. Chodziło mi o to, że będziemy tak otwarci na reformy i w tym nas sentymenty wyborców nie zatrzymają. Uważaliśmy, że mamy obowiązek interpretowania elektoratowi zmian gospodarczych i społecznych.

Dlaczego Kwaśniewski nie został premierem?
Wałęsa domagał się trzech kandydatów na premiera. Myśmy oponowali. Siedliśmy w małym gronie PSL-SLD i trudno było się dogadać. Wtedy zaproponowano, byśmy decyzję podjęli w trójkę: Pawlak, Kwaśniewski i ja. Wzięliśmy butelkę koniaku, ja się przysłuchiwałem, a rozmowa wyglądała tak: "No Olek, jesteś szefem największego klubu, powinieneś zostać premierem". "Ale wiesz, będzie gadanie, że wracają komuniści, Wałęsa będzie histeryzował, może jednak ty". I tak się przekomarzali, aż wreszcie Pawlak powiedział: "Dobrze", i został premierem. Kwaśniewski niepotrzebnie się przestraszył, popełnił błąd, nie biorąc szefostwa rządu. On to później długo przeżywał, dręczyło go to.

W rządzie znalazł się Leszek Miller.
To była jego reanimacja, którą zawdzięcza Kwaśniewskiemu. Uznał on, że Miller, sekretarz KC i członek Biura Politycznego, powinien dostać szansę. On był z nas wszystkich najwyższy rangą w PRL i niektórym wydawało się niestosowne, by wysocy funkcjonariusze partyjni wchodzili do rządu, Sejmu. I Kwaśniewski uznał, że trzeba takie podejście przełamać i nie przekreślać ludzi z powodu przeszłości.

Pan z kolei został marszałkiem Sejmu.
Szczęśliwy okres w moim życiu. Bardzo chciałem dbać o pluralizm, godzić i łączyć innych, chciałem, by parlament rzeczywiście był miejscem debaty i sporu o Polskę. Pełnienie funkcji marszałka Sejmu odpowiadało moim predyspozycjom. Zostałem premierem, bo narastało niezadowolenie z Pawlaka. Zaproszono go na posiedzenie klubu SLD, gdzie ostro atakowały go Waniek, Sierakowska, Spychalska i inni takie oburzenie „eseldowskiego ludu. W końcu, po spotkaniu z Wałęsą i spotkaniu koalicji, ustalono, że to liderzy muszą postanowić, co dalej. Jechałem z Kwaśniewskim i Cimoszewiczem na spotkanie z ludowcami, kiedy przez radio poznaliśmy stanowisko PSL: albo Kwaśniewski zostaje wicepremierem, albo Oleksy premierem, albo rozwiązanie Sejmu i wybory. Ostatni wariant odpadał, a Kwaśniewski absolutnie się nie godził na wejście do rządu. Więc trzeba było podjąć wariant zmiany premiera.

Kwaśniewski celował w wybory prezydenckie.
Jego szanse rosły i to on miał nas reprezentować. Choć chyba posądzał mnie o chęć kandydowania, co nie było prawdą.

Wtedy wybuchła sprawa Oleksego.
Panowie, nie było żadnej sprawy Oleksego, tylko afera Milczanowskiego! Po jego oskarżeniach, które były polityczną prowokacją, prokuratura wszczęła śledztwo w sprawie, a nie przeciwko mnie, umarzając ją z braku znamion czynu niedozwolonego.

Miał pan poczucie, że koledzy pana zdradzili?
To za mocno powiedziane. Odczuwałem pewne osamotnienie. Do kontaktów z Ałganowem nikt się nie chciał przyznać i powstało wrażenie, że po Warszawie hulał rosyjski agent, który kontaktował się wyłącznie z Oleksym. A znało go przecież wielu. Zadumałem się nad tym, że spośród mnóstwa ludzi, którzy go znali, akurat mnie przyszło za tę znajomość zapłacić taką cenę.

Zadawał pan sobie pytanie, dlaczego?
Wielokrotnie i nie doszedłem do satysfakcjonującej odpowiedzi. Z jakichś powodów wybór padł na mnie. Ponieważ podejrzewam, że sprawa ta została spreparowana do walki z lewicą przez pewny zwycięstwa w wyborach obóz Wałęsy, to chodziło o mocny efekt. I dlatego uderzono w premiera.

Dlaczego winni nie zostali złapani i ukarani?
Do dziś zadaję sobie to pytanie. I odpowiadam, że to patologia państwa polskiego. Zastanawiam się, dlaczego lewica, której lider został tak zaatakowany, nie zajęła się tą sprawą? Przychodzi mi do głowy odpowiedź, że byli tak zszokowani, iż chcieli, aby się to szybko skończyło. Trwała wściekła nagonka i ciągle przywoływano tę sprawę, więc lewica chciała ją wyciszyć. Poza tym przekazano sprawę prokuraturze. Do dziś ona tam tkwi.

Pan ma nas za głupków? Przecież, gdyby wam zależało, to byście to wyjaśnilli. Premier Cimoszewicz wezwałby szefa UOP i powiedział: masz pół roku na znalezienie winnych.
Ubolewam, że tak się nie stało. Włodzimierz Cimoszewicz zabrał głos publicznie, prezentując druzgocący raport UOP.

A prezydent Kwaśniewski nie interesował się, kto chciał mu obalić premiera?
Podzielam to rozumowanie i dlatego żałuję, że ani prezydent, ani premier, ani służby nie kontynuowały wyjaśniania tej sprawy.

Nie pytał pan ich o to?
Pytałem i opowiadali mi o procedurach, że sprawa się toczy. Wyraźnie widziałem brak ochoty do większego zaangażowania. Widocznie nie byłem osobą, o którą warto walczyć. Ale moja największa pretensja dotyczy działań prokuratury.

A kto nią wtedy rządził?
Sojusz. Ale panowie wiedzą, że SLD nie manipulował prokuraturą.

[śmiech] To jedna z najzabawniejszych rzeczy, jakie usłyszeliśmy w naszej karierze dziennikarskiej. A umorzenie śledztwa w sprawie moskiewskich pieniędzy? Brak śledztwa w sprawie kłamstwa Kwaśniewskiego o wykształceniu? To robota Jaskierni.
A kto powiedział, że Jaskiernia nie zrobił tego z przekonania? Dlaczego odrzucacie taką wersję?

Tak samo odrzucamy tezę, że Ziemia jest płaska i dźwigają ją cztery wielkie żółwie. Wróćmy do historii. Został pan szefem SdRP zaraz po odejściu z rządu w 1996 roku. I rok później przegraliście wybory…
Wygraliśmy! Zyskaliśmy siedem procent więcej niż cztery lata wcześniej, ale prawica się zjednoczyła, a PSL zostało rozgromione. Wygraliśmy więc wybory, ale straciliśmy władzę.

Dobrze. Po waszych wygranych wyborach prawica doszła do władzy. A SdRP odmłodzono.
Tezę o odmłodzeniu partii rzucił Leszek Miller, a że jest dwa tygodnie młodszy ode mnie, to partię odmłodził i zajął moje miejsce. Może już wtedy szerokie gremia partyjne miały coraz mniej do powiedzenia kosztem grup nieformalnych Aleksandra Kwaśniewskiego, Leszka Millera. W przyszłości to one miały decydować o obliczu partii. Bez poparcia prezydenta Miller nie objąłby funkcji przewodniczącego SLD, a był to okres bliskiej współpracy obu panów, ich przyjaźń jeszcze nie była szorstka. Ja byłem zbyt samodzielny i straciłem sympatię Kwaśniewskiego.

Miller wkrótce też.
Taka jest zmienność polityki.

Rząd Millera zrezygnował z lewicowości: nie ruszano ustawy antyaborcyjnej, zakazano krytyki Kościoła, zakneblowano feministki, a z drugiej strony skrócono urlopy macierzyńskie i nie zwaloryzowano rent i emerytur.
To były posunięcia mało przemyślane, ale spowodowane stanem finansów publicznych. Rząd Millera zastał horrendalną dziurę budżetową i najpierw trzeba ją było załatać. I załatał, ale po drodze trzeba było wykonać kilka niepopularnych posunięć. Tak się zaczęło tracenie lewicowego oblicza, oblicza lewicy także socjalnej. Coś za coś.
Z drugiej zaś strony nie było żadnej dyrektywy, by nie eksponować liberalizmu światopoglądowego. To była raczej seria zaniechań. Nikt nikomu nie zabraniał walki o świeckość czy o legalizację aborcji albo prawa kobiet. Po prostu tego nie robiono.

Bo z was nie jest żadna lewica. Nikt z was, liderów SLD, w głębi duszy nie jest lewicowcem.
Zawsze będę za tolerancją i prawami mniejszości, równością i godnością ludzi. Nikt z prawicy tego panom nie powie.

To frazesy. A za prawami gejów do małżeństw pan jest?
Nie. Za prawem do związków tak, ale pojęcie małżeństwa rozstrzyga konstytucja. Jestem za tym, by mieli prawo żyć z sobą.

A adoptować dzieci?
Nie. Tego tolerancja nie obejmuje. Świat dzieci to zupełnie inna sprawa.

A widzi pan! Kinga Dunin…
A co mi pan tu z Kingą Dunin?! Ona nie będzie mi wyznaczać tego, co ja mam uważać za lewicowe! Ani ona, ani Sławomir Sierakowski, ani nikt inny. Sam weryfikuję swoje poglądy.

Lewicowe ideały zostały zagubione, została wam tylko pragmatyka władzy.
No tak wyszło.

…a i ona zaczęła się sypać.
Rzeczywiście pragmatyzm władzy nas nadgryzł.

Oleksy Józef (ur. 1946), polityk, ekonomista. Od 1975 działał w PZPR, 1987 1989 I sekretarz Komitetu Wojewódzkiego w Białej Podlaskiej. Członek najpierw SdRP, potem SLD. Od 1989 poseł na Sejm. W latach 1993 1995 marszałek Sejmu. Od 1995 premier. 25 stycznia 1996 podał się do dymisji w związku z oskarżeniami oraz podjęciem przez prokuraturę wojskową śledztwa w sprawie jego domniemanej współpracy z wywiadem sowieckim, następnie rosyjskim, śledztwo umorzono z braku dowodów. Potem był m.in. wicepremierem i ministrem spraw wewnętrznych, po raz drugi marszałkiem Sejmu oraz liderem SLD. Rzecznik interesu publicznego zarzucił mu, że wbrew swemu oświadczeniu, był agentem Agenturalnego Wywiadu Operacyjnego (tajnej do dziś struktury wywiadu wojskowego PRL). Jego sprawa lustracyjna trwa do dziś.
Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj