Teczki opowiadają z detalami o szesnastoletniej współpracy, o spotkaniach, o donosach, o prezentach i przysługach. Jest zobowiązanie do współpracy z SB podpisane przez aktora. Jest
zobowiązanie do zachowania tajemnicy, także z autografem Damięckiego. Podpis pod odbiorem prawa jazdy z rąk SB. Są cztery notatki odręcznie napisane przez artystę. Do tego dziesiątki
raportów ze spotkań spisane przez dwóch kolejnych oficerów prowadzących. Jest też notatka esbeka z 1984 r., który sprawdzał oficera prowadzącego. W ramach kontroli spotkał się z
Damięckim. Trudno o mocniejsze dowody.
Jednak aktor zaprzecza. Twierdzi, że współpracował przez dwa lata i na nikogo nie donosił. Załóżmy, że to prawda. Że beznamiętnie zagrał z bezpieką, by tryumfalnie wyrwać się z jej
szponów (przy okazji wyrywając jeszcze wspomniane prawo jazdy). Udało mu się. Niepocieszona esbecja przez kolejnych 14 lat fabrykowała dokumenty. W mistyfikację zaangażowanych było dwóch
oficerów prowadzących i jeden nadzorca kontroler. Konfabulowali i dzielili się prezentami: koniakiem i, co znacznie trudniejsze, torbą reporterską.
Problem w tym, że wcześniej aktor mówił co innego. "Wprost" pytał go w 2005 r. o to, dlaczego znalazł się na tzw. liście Wildsteina. Wtedy artysta przypomniał sobie jedno
spotkanie z oficerem SB. Dwa lata później w godzinnej rozmowie z Tomaszem Butkiewiczem, autorem piątkowego tekstu w DZIENNIKU przedstawił trzy inne opowieści:
1. Że kiedyś zerwał esbekowi odznakę.
2. Że SB prosiła go, by występował z Telesforem dla dzieci.
3. W końcu słynne "Ja pierniczę. Moje", kiedy reporter pokazał dokumenty na stół i pytał o autentyczność podpisu.
Tak więc wersja o dwuletniej, pozornej współpracy jest już czwartą z kolei.
Damięcki nie był esbeckim Bondem. Nie szukał haków na kolegów, a w latach 80. sama SB doszła do wniosku, że kiepski z niego agent. Nie zmienia to faktu, że zachowywał się paskudnie.
Faszerował esbeków plotkami: ten kręci z tą, tamten pije i ma depresję, a jeszcze inny chciał załatwić koledze opozycjoniście robotę. Bezpieka posługiwała się szantażem, Damięcki
dostarczał amunicji.
Dlaczego? Dał się zwerbować, bo jechał po pijanemu samochodem:"Po tym fakcie byłem bardzo zgnębiony i przerażony. Zgłosił się do mnie jakiś pan, że on może mi załatwić oddanie
prawa jazdy. Poszedłem na to". Strata prawa jazdy oznaczająca, że trzeba odstawić do garażu trabana na jednej szali. Na drugiej esbeckie kwity i donosy. Nie dziennikarzowi oceniać taki
wybór. To zadanie dla etyków. Jednak gdy słucha się tłumaczeń Damięckiego, trudno nie poczuć przygnębienia.