"Byłoby dobrze, gdyby każdy miał świadomość swego krzyża i sensu własnych cierpień. Ale tak nie jest" - mówi DZIENNIKOWI ks. prof. Waldemar Chrostowski, teolog.
Witold Głowacki: Człowiek pędzi i pędzi, aż tu nagle Wielkanoc. Moment, w którym czas się zatrzymuje, a nawet cofa o 2000 lat - do wydarzeń na
Golgocie.
Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Czasem na szczęście zatrzymuje nas w biegu po prostu cykl roku liturgicznego. Czas Wielkiego Postu i Triduum Paschalnego mają swój ściśle określony termin i rytm. Naprawdę nie musimy więc budzić się w ostatniej chwili. Możemy się do tego rytmu przygotować, poniekąd go nawet oswoić. Od lat odbywa się zresztą takie "oswajanie" świąt - i Wielkiej Nocy, i Bożego Narodzenia - i chyba mimo wszystko potrafimy jakoś otworzyć się na przyjęcie tych wielkich dni.
Jest jednak także w naszym życiu drugi, bardziej subiektywny porządek. To nasz osobisty, ludzki rytm. W nim już nie sposób przewidzieć tego, co się zdarzy. Bywa więc, że do zatrzymania się w codziennym pędzie i choćby odrobiny refleksji zmuszają nas okoliczności - to, że spotyka nas samych albo naszych bliskich coś bolesnego. Czasem oba te rytmy zbiegają się ze sobą.
Coś takiego zdarzyło się dwa lata temu, gdy zmarł Jan Paweł II.
Ale i w roku ubiegłym, i także teraz. Rytm Wielkiego Tygodnia i świąt Wielkiej Nocy łączy się dla nas z żałobą po Janie Pawle II. Umieranie Jana Pawła II przypadło w czasie, w którym Kościół przygotowuje się do przeżywania Męki Pańskiej. Doświadczyliśmy żałoby po papieżu bardzo głęboko - i dzięki temu zastanawiamy się także nad tym, co dotyczy nas samych. Zawdzięczamy to po części splotowi tych dwóch porządków - liturgicznego cyklu i naszego osobistego, ludzkiego doświadczenia.
Mimo wszystko rytm liturgii w coraz mniejszym stopniu ma wpływ na współczesną kulturę. Żyjemy bardziej chwilą niż cyklicznym porządkiem świata.
Nie wiem, czy nie ulega pan teraz dość popularnym opiniom na temat rzeczywistości, które niekoniecznie są jej diagnozą, za to mogą być próbą jej kształtowania. Wydaje mi się, że wiele wydarzeń w naszym życiu społecznym i religijnym obnaża bezradność takiego poglądu.
Naprawdę? Nie tracimy rzeczywistego, świadomego uczestnictwa w święcie? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Wielki Post był czterdziestodniowym rytuałem. Dziś zauważa się co najwyżej Środę Popielcową i Wielki Tydzień.
Owszem, w ciągu ostatnich dwóch, trzech pokoleń bardzo wiele zmieniło się w naszym sposobie przeżywania roku liturgicznego, ale także osobistego życia. Nastąpiły zmiany, które bardzo często są nieodwracalne. Wiele tradycyjnych form religijności osłabło czy wręcz upadło. Cóż, ludzkie życie nabrało niesamowitego przyspieszenia.
Mimo to jednak świadomość uczestnictwa w liturgii jest dziś głębsza niż kiedykolwiek. Ludzie nadal potrafią przeżywać mękę Jezusa Chrystusa, nadal potrafią podejmować wielkopostne postanowienia. Cóż, być może część rzeczywistości religijnej ulega przyćmieniu w oczach niektórych ludzi, zwłaszcza tych, którym powodzi się lepiej w sensie ekonomicznym. Oni czasem potrzebują osobistego, może bolesnego doświadczenia, by unaocznić sobie prawdy wiary.
Ksiądz uczestniczył w tworzeniu polskiej wersji językowej "Pasji" Mela Gibsona, więc zna się pewnie na takim unaocznianiu.
Ten film to swoiste misterium pasyjne oddane nam na początku XXI wieku. Gdybyśmy porównali przebieg średniowiecznego misterium pasyjnego z akcją "Pasji" Gibsona, dopatrzylibyśmy się bardzo wielu podobieństw. I film Gibsona bowiem, i misterium pasyjne starają się wiernie odtwarzać mękę Chrystusa. Rzecz jasna, dzięki sile filmowego przekazu Gibson miał znacznie większe możliwości realistycznej ekspresji.
To dobrze?
Tego rodzaju przedstawienia mają podwójny wymiar. Po pierwsze, starają się uwiarygodnić historyczny przekaz ewangelii - ukazują zapisaną w niej rzeczywistość, udowadniając jej prawdziwość. Przy tym jednak stwarzają możliwość doświadczenia religijnego. Nie chodzi przecież tylko o odtworzenie męki czy egzekucji - bo samo odtworzenie nie niesie ze sobą głębszych treści. Niemniej jednak sprzyja ono rzeczywistemu przeżyciu głębokiego sensu męki Jezusa Chrystusa. Nie chodzi więc o zwyczajną ciekawość, ale o jeszcze jedną formę budowania religijności.
Ewangelizacja szokowa?
Czasem człowiekiem musi coś wstrząsnąć, by zdobył się na głębszą refleksję. Męka Chrystusa dla jej świadków była właśnie widokiem wstrząsającym. Dlatego oglądanie w filmie Gibsona scen z Jerozolimy jest ich swoistym zderzeniem z osobistym życiem współczesnego człowieka. To może być bardzo ważne zderzenie.
To forma uczestnictwa w ewangelicznych wydarzeniach?
W pewnym sensie tak. Dzięki przedstawieniom Męki Pańskiej stajemy się świadkami wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat. Oglądając "Pasję", zachowujemy się w gruncie rzeczy tak samo jak prawdziwi uczestnicy tych wydarzeń. Nie chcemy patrzeć, odwracamy głowę, rodzi się w nas uczucie gniewu, lęk, chcielibyśmy może wyjść z kina. Tak zapewne reagowali zwykli ludzie, którzy byli świadkami męki Chrystusa.
Coś się musiało zmienić w człowieku, skoro do uczestnictwa w Męce Pańskiej potrzebuje hiperrealistycznej "Pasji" Gibsona, a nie wystarcza mu już symboliczna Droga Krzyżowa w kościele.
To nie do końca tak. Człowiek głęboko wierzący, który cierpi na własnym ciele albo kiedykolwiek doświadczył cierpienia i przeżywał jego sens, w zasadzie nie potrzebuje ani "Pasji", ani Drogi Krzyżowej, by wyobrazić sobie mękę Chrystusa. Bo ten człowiek uczestniczył w misterium Męki Pańskiej, już nie odgrywanym przez aktorów, lecz osobiście przez niego przeżywanym.
"Wszyscy jesteśmy Chrystusami" - że przypomnę tytuł innego filmu?
To kompletne nieporozumienie. Z całą pewnością nie wszyscy nimi jesteśmy. Właśnie ten tytuł zniechęcił mnie do oglądania filmu Koterskiego. Nawet jeśli to tylko przenośnia, to jednak bardzo ryzykowna i nieprawdziwa.
Nie każdy więc niesie swój własny krzyż?
Nie każdy. Ten biblizm, czyli powiedzenie zaczerpnięte z ewangelii, które pan zacytował, odnosi się co najwyżej do pewnego niedościgłego ideału. Oczywiście, jak powiedział Chrystus: "Kto nie bierze swojego krzyża, a idzie za mną, nie jest mnie godzien". Nie wystarczy więc sam podziw dla Jezusa, ale świadomość tego, że to, co trudne w naszej egzystencji, jest współuczestniczeniem w Krzyżu. Dlatego z punktu widzenia Kościoła byłoby dobrze, gdyby rzeczywiście każdy wierny miał świadomość swego krzyża i sensu własnych cierpień. Ale tak nie jest.
Niemniej to powiedzenie dowodzi, jak głęboko w europejskiej, zachodniej kulturze są zakorzenione symbole i motywy związane z Męką Pańską. Możemy mieć do nich bardzo różny stosunek, od zupełnej afirmacji aż po zupełny sprzeciw. Niemniej są one odwiecznie obecne w naszej kulturze.
A i sprzeciwy oraz wątpliwości co do nich nie są niczym nowym. Spory, jakie toczymy na ten temat, dziś są czasem tylko powtórzeniem problemów rozważanych na przykład w średniowieczu.
W średniowieczu toczyły się spory dotyczące męki Chrystusa?
I to jakie... Nam się dziś wydaje, że to dopiero my - ludzie współcześni - mamy jakieś głębsze wątpliwości czy pytania dotyczące wiary. Tymczasem w średniowieczu nie brakowało buntu wobec śmierci Jezusa, wobec krzyża. Pozwolę sobie przytoczyć średniowieczny spór dotyczący przyczyn, dla których Syn Boży stał się człowiekiem. Nie licząc mniej ważnych teorii, pojawiły się dwie radykalnie odmienne odpowiedzi. Dominikanie twierdzili, że stało się to na skutek grzechu pierworodnego - sam Bóg musiał bowiem ponieść śmierć na krzyżu, by podnieść człowieka z tego grzechu. Stąd też pojęcie "felix culpa" - szczęśliwej winy, która paradoksalnie dała człowiekowi szansę na odkupienie. Tymczasem franciszkanie preferowali inny pogląd - ich zdaniem Bóg stałby się człowiekiem, niezależnie od grzechu pierworodnego. W tym ujęciu Boża miłość wobec człowieka była tak znaczna, że Bóg postanowił, iż stanie się jednym z nas już w momencie stworzenia. Grzech pierworodny sprawił zaś tyle, że Chrystus wiódł ludzkie życie ze wszystkimi jego ograniczeniami. Odpowiedzi, których udzielano na to pytanie w średniowieczu, są do dziś wielkimi wyzwaniami teologii.
Czyli nie jesteśmy pierwszymi, którzy wątpią i dociekają?
Z całą pewnością nie. Wrażliwość współczesnego człowieka uległa pewnemu otępieniu na skutek wielości pomysłów na życie, jakie są mu podawane. Współczesna terapia religijna i duchowa polega więc na tym, by raz jeszcze zadać sobie pytanie o to, co w życiu najważniejsze.
Umiemy jeszcze to robić?
Współczesny człowiek żyje między dwoma biegunami - jeden z nich wyznaczają nieprawdopodobne możliwości techniczne, jakimi w tej chwili dysponujemy. Drugim biegunem jest jednak nasza wyobraźnia. Cóż, postęp technologiczny znacznie ją wyprzedził.
Nasze marzenia w tej chwili zmierzają w stronę, w którą nigdy jeszcze nie zmierzały. Nie marzymy już o podbijaniu kosmosu. Marzeniem za to staje się dzień bez komórki. Marzeniem jest dziś spacer do lasu, spokojny weekend w towarzystwie bliskich. Okazuje się, że te marzenia - jakże prozaiczne - bardzo trudno spełnić. Łatwiej jest nawiązać kontakt z człowiekiem na drugim końcu świata, niż wyłączyć telefon na kilka godzin.
Ale to właśnie o tym drugim marzymy. Dlatego stopniowo będziemy zmniejszać tempo naszego życia. I coraz częściej będziemy wciskać wyłącznik. Im szybciej to zrobimy, tym więcej będziemy w stanie rozumieć z naszego życia. Warto umieć zatrzymywać oszalały dziś czas. Właśnie moment świąt i powrót do dni męki Chrystusa może nam w tym pomóc.
ks. Waldemar Chrostowski, profesor nauk teologicznych, kierownik Katedry Egzegezy Starego Testamentu na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, kierownik Wydziału Teologii i Egzegezy Biblijnej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, redaktor naczelny kwartalnika teologów polskich "Collectanae Theologica". Członek Komisji Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, przewodniczący Stowarzyszenia Biblistów Polskich.
Ks. prof. Waldemar Chrostowski: Czasem na szczęście zatrzymuje nas w biegu po prostu cykl roku liturgicznego. Czas Wielkiego Postu i Triduum Paschalnego mają swój ściśle określony termin i rytm. Naprawdę nie musimy więc budzić się w ostatniej chwili. Możemy się do tego rytmu przygotować, poniekąd go nawet oswoić. Od lat odbywa się zresztą takie "oswajanie" świąt - i Wielkiej Nocy, i Bożego Narodzenia - i chyba mimo wszystko potrafimy jakoś otworzyć się na przyjęcie tych wielkich dni.
Jest jednak także w naszym życiu drugi, bardziej subiektywny porządek. To nasz osobisty, ludzki rytm. W nim już nie sposób przewidzieć tego, co się zdarzy. Bywa więc, że do zatrzymania się w codziennym pędzie i choćby odrobiny refleksji zmuszają nas okoliczności - to, że spotyka nas samych albo naszych bliskich coś bolesnego. Czasem oba te rytmy zbiegają się ze sobą.
Coś takiego zdarzyło się dwa lata temu, gdy zmarł Jan Paweł II.
Ale i w roku ubiegłym, i także teraz. Rytm Wielkiego Tygodnia i świąt Wielkiej Nocy łączy się dla nas z żałobą po Janie Pawle II. Umieranie Jana Pawła II przypadło w czasie, w którym Kościół przygotowuje się do przeżywania Męki Pańskiej. Doświadczyliśmy żałoby po papieżu bardzo głęboko - i dzięki temu zastanawiamy się także nad tym, co dotyczy nas samych. Zawdzięczamy to po części splotowi tych dwóch porządków - liturgicznego cyklu i naszego osobistego, ludzkiego doświadczenia.
Mimo wszystko rytm liturgii w coraz mniejszym stopniu ma wpływ na współczesną kulturę. Żyjemy bardziej chwilą niż cyklicznym porządkiem świata.
Nie wiem, czy nie ulega pan teraz dość popularnym opiniom na temat rzeczywistości, które niekoniecznie są jej diagnozą, za to mogą być próbą jej kształtowania. Wydaje mi się, że wiele wydarzeń w naszym życiu społecznym i religijnym obnaża bezradność takiego poglądu.
Naprawdę? Nie tracimy rzeczywistego, świadomego uczestnictwa w święcie? Jeszcze kilkadziesiąt lat temu Wielki Post był czterdziestodniowym rytuałem. Dziś zauważa się co najwyżej Środę Popielcową i Wielki Tydzień.
Owszem, w ciągu ostatnich dwóch, trzech pokoleń bardzo wiele zmieniło się w naszym sposobie przeżywania roku liturgicznego, ale także osobistego życia. Nastąpiły zmiany, które bardzo często są nieodwracalne. Wiele tradycyjnych form religijności osłabło czy wręcz upadło. Cóż, ludzkie życie nabrało niesamowitego przyspieszenia.
Mimo to jednak świadomość uczestnictwa w liturgii jest dziś głębsza niż kiedykolwiek. Ludzie nadal potrafią przeżywać mękę Jezusa Chrystusa, nadal potrafią podejmować wielkopostne postanowienia. Cóż, być może część rzeczywistości religijnej ulega przyćmieniu w oczach niektórych ludzi, zwłaszcza tych, którym powodzi się lepiej w sensie ekonomicznym. Oni czasem potrzebują osobistego, może bolesnego doświadczenia, by unaocznić sobie prawdy wiary.
Ksiądz uczestniczył w tworzeniu polskiej wersji językowej "Pasji" Mela Gibsona, więc zna się pewnie na takim unaocznianiu.
Ten film to swoiste misterium pasyjne oddane nam na początku XXI wieku. Gdybyśmy porównali przebieg średniowiecznego misterium pasyjnego z akcją "Pasji" Gibsona, dopatrzylibyśmy się bardzo wielu podobieństw. I film Gibsona bowiem, i misterium pasyjne starają się wiernie odtwarzać mękę Chrystusa. Rzecz jasna, dzięki sile filmowego przekazu Gibson miał znacznie większe możliwości realistycznej ekspresji.
To dobrze?
Tego rodzaju przedstawienia mają podwójny wymiar. Po pierwsze, starają się uwiarygodnić historyczny przekaz ewangelii - ukazują zapisaną w niej rzeczywistość, udowadniając jej prawdziwość. Przy tym jednak stwarzają możliwość doświadczenia religijnego. Nie chodzi przecież tylko o odtworzenie męki czy egzekucji - bo samo odtworzenie nie niesie ze sobą głębszych treści. Niemniej jednak sprzyja ono rzeczywistemu przeżyciu głębokiego sensu męki Jezusa Chrystusa. Nie chodzi więc o zwyczajną ciekawość, ale o jeszcze jedną formę budowania religijności.
Ewangelizacja szokowa?
Czasem człowiekiem musi coś wstrząsnąć, by zdobył się na głębszą refleksję. Męka Chrystusa dla jej świadków była właśnie widokiem wstrząsającym. Dlatego oglądanie w filmie Gibsona scen z Jerozolimy jest ich swoistym zderzeniem z osobistym życiem współczesnego człowieka. To może być bardzo ważne zderzenie.
To forma uczestnictwa w ewangelicznych wydarzeniach?
W pewnym sensie tak. Dzięki przedstawieniom Męki Pańskiej stajemy się świadkami wydarzeń sprzed dwóch tysięcy lat. Oglądając "Pasję", zachowujemy się w gruncie rzeczy tak samo jak prawdziwi uczestnicy tych wydarzeń. Nie chcemy patrzeć, odwracamy głowę, rodzi się w nas uczucie gniewu, lęk, chcielibyśmy może wyjść z kina. Tak zapewne reagowali zwykli ludzie, którzy byli świadkami męki Chrystusa.
Coś się musiało zmienić w człowieku, skoro do uczestnictwa w Męce Pańskiej potrzebuje hiperrealistycznej "Pasji" Gibsona, a nie wystarcza mu już symboliczna Droga Krzyżowa w kościele.
To nie do końca tak. Człowiek głęboko wierzący, który cierpi na własnym ciele albo kiedykolwiek doświadczył cierpienia i przeżywał jego sens, w zasadzie nie potrzebuje ani "Pasji", ani Drogi Krzyżowej, by wyobrazić sobie mękę Chrystusa. Bo ten człowiek uczestniczył w misterium Męki Pańskiej, już nie odgrywanym przez aktorów, lecz osobiście przez niego przeżywanym.
"Wszyscy jesteśmy Chrystusami" - że przypomnę tytuł innego filmu?
To kompletne nieporozumienie. Z całą pewnością nie wszyscy nimi jesteśmy. Właśnie ten tytuł zniechęcił mnie do oglądania filmu Koterskiego. Nawet jeśli to tylko przenośnia, to jednak bardzo ryzykowna i nieprawdziwa.
Nie każdy więc niesie swój własny krzyż?
Nie każdy. Ten biblizm, czyli powiedzenie zaczerpnięte z ewangelii, które pan zacytował, odnosi się co najwyżej do pewnego niedościgłego ideału. Oczywiście, jak powiedział Chrystus: "Kto nie bierze swojego krzyża, a idzie za mną, nie jest mnie godzien". Nie wystarczy więc sam podziw dla Jezusa, ale świadomość tego, że to, co trudne w naszej egzystencji, jest współuczestniczeniem w Krzyżu. Dlatego z punktu widzenia Kościoła byłoby dobrze, gdyby rzeczywiście każdy wierny miał świadomość swego krzyża i sensu własnych cierpień. Ale tak nie jest.
Niemniej to powiedzenie dowodzi, jak głęboko w europejskiej, zachodniej kulturze są zakorzenione symbole i motywy związane z Męką Pańską. Możemy mieć do nich bardzo różny stosunek, od zupełnej afirmacji aż po zupełny sprzeciw. Niemniej są one odwiecznie obecne w naszej kulturze.
A i sprzeciwy oraz wątpliwości co do nich nie są niczym nowym. Spory, jakie toczymy na ten temat, dziś są czasem tylko powtórzeniem problemów rozważanych na przykład w średniowieczu.
W średniowieczu toczyły się spory dotyczące męki Chrystusa?
I to jakie... Nam się dziś wydaje, że to dopiero my - ludzie współcześni - mamy jakieś głębsze wątpliwości czy pytania dotyczące wiary. Tymczasem w średniowieczu nie brakowało buntu wobec śmierci Jezusa, wobec krzyża. Pozwolę sobie przytoczyć średniowieczny spór dotyczący przyczyn, dla których Syn Boży stał się człowiekiem. Nie licząc mniej ważnych teorii, pojawiły się dwie radykalnie odmienne odpowiedzi. Dominikanie twierdzili, że stało się to na skutek grzechu pierworodnego - sam Bóg musiał bowiem ponieść śmierć na krzyżu, by podnieść człowieka z tego grzechu. Stąd też pojęcie "felix culpa" - szczęśliwej winy, która paradoksalnie dała człowiekowi szansę na odkupienie. Tymczasem franciszkanie preferowali inny pogląd - ich zdaniem Bóg stałby się człowiekiem, niezależnie od grzechu pierworodnego. W tym ujęciu Boża miłość wobec człowieka była tak znaczna, że Bóg postanowił, iż stanie się jednym z nas już w momencie stworzenia. Grzech pierworodny sprawił zaś tyle, że Chrystus wiódł ludzkie życie ze wszystkimi jego ograniczeniami. Odpowiedzi, których udzielano na to pytanie w średniowieczu, są do dziś wielkimi wyzwaniami teologii.
Czyli nie jesteśmy pierwszymi, którzy wątpią i dociekają?
Z całą pewnością nie. Wrażliwość współczesnego człowieka uległa pewnemu otępieniu na skutek wielości pomysłów na życie, jakie są mu podawane. Współczesna terapia religijna i duchowa polega więc na tym, by raz jeszcze zadać sobie pytanie o to, co w życiu najważniejsze.
Umiemy jeszcze to robić?
Współczesny człowiek żyje między dwoma biegunami - jeden z nich wyznaczają nieprawdopodobne możliwości techniczne, jakimi w tej chwili dysponujemy. Drugim biegunem jest jednak nasza wyobraźnia. Cóż, postęp technologiczny znacznie ją wyprzedził.
Nasze marzenia w tej chwili zmierzają w stronę, w którą nigdy jeszcze nie zmierzały. Nie marzymy już o podbijaniu kosmosu. Marzeniem za to staje się dzień bez komórki. Marzeniem jest dziś spacer do lasu, spokojny weekend w towarzystwie bliskich. Okazuje się, że te marzenia - jakże prozaiczne - bardzo trudno spełnić. Łatwiej jest nawiązać kontakt z człowiekiem na drugim końcu świata, niż wyłączyć telefon na kilka godzin.
Ale to właśnie o tym drugim marzymy. Dlatego stopniowo będziemy zmniejszać tempo naszego życia. I coraz częściej będziemy wciskać wyłącznik. Im szybciej to zrobimy, tym więcej będziemy w stanie rozumieć z naszego życia. Warto umieć zatrzymywać oszalały dziś czas. Właśnie moment świąt i powrót do dni męki Chrystusa może nam w tym pomóc.
ks. Waldemar Chrostowski, profesor nauk teologicznych, kierownik Katedry Egzegezy Starego Testamentu na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego, kierownik Wydziału Teologii i Egzegezy Biblijnej na Wydziale Teologicznym Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, redaktor naczelny kwartalnika teologów polskich "Collectanae Theologica". Członek Komisji Episkopatu ds. Dialogu z Judaizmem, przewodniczący Stowarzyszenia Biblistów Polskich.
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zobacz
|