Polacy są młodym narodem, w dorosłe życie wchodzi właśnie słynny demograficzny wyż stanu wojennego. Mamy największą w Europie liczbę studentów, to pokolenie ma na tle europejskich rówieśników umiarkowane oczekiwania socjalne, jest natomiast głodne sukcesu. Musimy dać mu swobodę działania. "Niech pan zrobi tu wreszcie porządek!" - krzyknął w moją stronę trzydziestoletni mieszkaniec Białegostoku, który właśnie wrócił na święta do domu z Irlandii, gdzie pracuje od trzech miesięcy.
Na wielu spotkaniach Polacy pytają mnie, dlaczego Polska nie może być taka, jak Anglia, Irlandia czy Stany Zjednoczone? Dlaczego ich energia, pracowitość i pomysłowość sprawdzają się na Zachodzie, a u nas wszyscy grzęźniemy w bagnie niemożności? Platforma powstawała w nadziei, że potrafimy wspólnie wyzwolić energię Polaków. Dobrze wiedzieliśmy, że Polska powinna pójść tropem Irlandii, która jeszcze 20 lat temu była jednym z najbiedniejszych państw w Europie, a dziś jest liderem wzrostu gospodarczego w skali światowej i obdziela dobrobytem swoich i obcych. W Irlandii nie odkryto ropy ani złota, tam na nowo odkryto, że największym bogactwem narodów są wolni ludzie, działający bez zbędnego skrępowania.
Pamiętacie hasło braci Kaczyńskich: "Polska solidarna, a nie liberalna". Ponad połowa Polaków uwierzyła, że to trafny wybór, ale już kilka miesięcy później okazało się, że w praktyce Polacy głosują nogami za liberalną gospodarką Irlandii czy Anglii. Prawdziwe pieniądze ludzie zarabiają w wolnych gospodarkach i tylko tam państwo stać na rzetelną pomoc potrzebującym. W ostatnich kilku latach mamy do czynienia z największą chyba falą migracji w powojennej historii Polski. Co minutę wyjeżdża z kraju co najmniej jeden Polak. Czy trzeba wymowniejszej statystyki?
Rozmawiałem na ten temat z moim synem, który studiował na Uniwersytecie Gdańskim, a dzisiaj pracuje jako początkujący dziennikarz. Ma też prawo jazdy na autobusy miejskie. Czasami dorabia jako kierowca takiego autobusu. Z ciekawości sprawdził, ile zarabiałby na podobnym stanowisku w Anglii. Kierowców szukano akurat w Londynie. Jedyny wymóg - znajomość jako tako angielskiego i odpowiednie prawo jazdy. Dałby sobie bez wątpienia radę. Jako kierowca autobusu miejskiego zarabiałby dwa razy więcej niż ja jako poseł. I półtora raza więcej niż marszałek polskiego Sejmu! Mój syn nie chce wyjeżdżać, ale dało mu to dużo do myślenia.
Moim zdaniem wyjazdy rodaków na Zachód są dzisiaj problemem, ale także naszą szansą. Przed negatywnymi skutkami fali wyjazdów ostrzegają ekonomiści i demografowie. Ich przestróg nie wolno lekceważyć. Dlatego też Platforma Obywatelska stawia pytanie, co można w tej sytuacji zrobić?
Przede wszystkim konieczny jest zdecydowanie łatwiejszy start w życie zawodowe ludzi samodzielnych i przedsiębiorczych. Trzeba wprowadzić takie ułatwienia i preferencje, które spowodują, że młody Polak będzie kalkulował, czy na pewno lepiej jest zaczynać pracę zawodową w Anglii, czy być może jednak w ojczyźnie. Dzisiaj wie, że lepiej w Anglii lub Irlandii.
Nasze propozycje to przede wszystkim ułatwienia finansowe - począwszy od propozycji abolicji podatkowej, żeby ci, którzy nie rozliczyli się z polskimi urzędami skarbowymi, a pracowali na Zachodzie, mogli spokojnie wrócić ze swoimi pieniędzmi i żeby nie spotkała ich kara ani obowiązek spłacania zaległych podatków. To również propozycja, żeby zrezygnować ze składki rentowej i emerytalnej dla tych, którzy po raz pierwszy trafiają na rynek pracy. To wreszcie preferencyjne kredyty dla tych, którzy chcą rozpocząć własną działalność gospodarczą. To jest tzw. pakiet startowy przygotowany przez PO już parę miesięcy temu, nad którym Sejm wreszcie rozpoczyna prace. Ale to jeszcze za mało.
Ciekawe, że moi rozmówcy, zarówno w Lublinie, jak w Bytomiu podkreślali, że nie tylko pieniądze są lepsze w Irlandii. "Wracam z Dublina i zazdroszczę im wynagrodzenia, to prawda. Ale jeszcze bardziej zazdroszczę im państwa, które nie przeszkadza. Urzędników, którzy pomagają rozwiązać problem, a nie - jak u nas - mnożą trudności. Tam władza szanuje obywateli, a Irlandczycy są dumni ze swojej pani prezydent!".
Uważam więc, że nie wystarczą zachęty materialne, aby powstrzymać falę wyjazdów, potrzebujemy zasadniczej zmiany stosunku polskiego państwa do przysłowiowego Kowalskiego - jako obywatela, pracobiorcy lub pracodawcy, a zawsze podatnika. Nasze instytucje i przepisy nie mogą być dalej ledwie dalekim odbiciem instytucji i standardów obowiązujących na Zachodzie. Minął czas wyrobów czekoladopodobnych. Musimy zmienić nasze państwo tak, aby przestało traktować obywateli jak poddanych, jak okupant.
Chodzi o coś więcej - aby nasze prawa i nasze regulacje były równie proste i zrozumiałe jak na Zachodzie; aby urzędnik reprezentujący nasze państwo przestał być ekonomem, stał się zaś przedstawicielem służby cywilnej służącym obywatelom i podatnikom. W tym sensie upatruję w fali wyjazdów szansę. Szansę, która uruchomi ogromną presję na remont naszego państwa.
Nadal uważam, że Polska może być liderem Europy. To nie żart. Spójrzmy chłodnym okiem. Polacy są młodym narodem, w dorosłe życie wchodzi właśnie słynny demograficzny wyż stanu wojennego. Mamy największą w Europie liczbę studentów, to pokolenie ma na tle europejskich rówieśników umiarkowane oczekiwania socjalne, jest natomiast głodne sukcesu. Polacy potrafią pracować ciężej od Niemców czy Francuzów.
Pod koniec lat osiemdziesiątych przez kilka miesięcy pracowałem w Norwegii, niedaleko miasta Trömse, już za kręgiem polarnym, budując szkołę ludową. Było nas troje Polaków. Wykonywaliśmy robotę cieśli, szklarza, ogrodnika, murarza i malarza - w zależności od potrzeb. Mieszkaliśmy w niewykończonej szkole wspólnie z grupą norweskich uczniów i politycznych azylantów z północnej Afryki. Któregoś dnia szef szkoły, stary Norweg, zaprosił nas na kawę. Mówił długo o swoim kraju, dojmującej biedzie, głodzie i klęsce alkoholizmu, które były udziałem Norwegów w latach jego młodości. W pewnej chwili spojrzał na nas i powiedział, że jeśli wszyscy młodzi Polacy są tak otwarci, optymistyczni, pomysłowi i pracowici, to jeśli tylko zmieni się system, przegonimy Norwegię mimo jej ropy naftowej i braku tragicznych doświadczeń z historią.
Zaręczam Wam, że pracowaliśmy tam jak inni Polacy na saksach, nic lepiej, nic gorzej. Ale my też zauważyliśmy że mamy nieporównywalnie więcej energii i samodzielności niż nasi współlokatorzy. Od urodzenia musieliśmy sobie radzić w trudniejszych niż oni warunkach. Dzisiaj może to być naszym wielkim atutem. Nasza przedsiębiorczość i energia stają się przysłowiowe, a zapóźnienie edukacyjne i technologiczne nadrabiamy w imponującym tempie.
Nieprzypadkowo polski hydraulik we Francji czy rzeźnik w Niemczech stali się symbolami groźnej konkurencyjności. Nieprzypadkowo też przywódcy tych krajów tak nerwowo zareagowali na sygnały o polskiej gotowości obniżenia i uproszczenia podatków. Nie istnieją w Europie bariery, które mogłyby przeszkodzić Polsce w osiągnięciu pozycji lidera. Przeciwnie, Unia Europejska - na razie - łoży na nasz potencjalny sukces miliardy euro. Bariery tworzą polscy politycy, broniąc złego ustroju i paraliżując polską przedsiębiorczość nadmierną regulacją i wysokimi podatkami. Zbyt często więc zapominamy, że kluczem do sukcesu jest nie tylko pomoc europejska, ale przede wszystkim zdolność naprawy naszego państwa.
Polska nie wygra swojej szansy dzięki surowcom takim jak gaz, bo mamy ich niewiele. Mamy też mniej kapitału, nie jesteśmy szczególnie atrakcyjni turystycznie, technologicznie i cywilizacyjnie (autostrady!), pozostajemy z tyłu. Ale możemy bez kompleksów pójść drogą Irlandii, jeśli uwierzymy, że największym kapitałem jest człowiek. Pod warunkiem, że damy mu swobodę działania. Nas, Polaków, ciągle przygniata bolszewicki sposób myślenia o gospodarce, który prezentuje rząd.
Mądra władza powinna zrobić wszystko, co w jej mocy, a nawet więcej, aby wyzwolić naszą energię z dyktatu przerośniętej biurokracji, skomplikowanych przepisów, wysokich i licznych podatków i przymusowych opłat.