Nikt nie ma wątpliwości, kiedy słyszy ogólne stwierdzenie, że dziennikarze powinni być niezależni. W idealnym świecie demokracji powinni, jak to zgodnie powtarzają teoretycy, nie tylko obiektywnie informować, lecz także pomagać obywatelom w zrozumieniu sytuacji publicznej. Czyli krytykować zarówno rząd, jak i opozycję z punktu widzenia skuteczności i sensowności działania oraz prawdziwości podawanych informacji. Oceniać prawdopodobieństwo realizacji propozycji oraz planów. Powinni ponadto pomagać obywatelom w zrozumieniu coraz bardziej zawiłego świata. Wreszcie powinni dostarczać im godnej rozrywki, czyli ciekawych i ważnych, chociaż podawanych zarówno w poważnej, jak i lekkiej formie, historii i opowieści.

Reklama

Nie żyjemy w idealnym świecie demokracji, ale nie wynika z tego, że wyżej wspomniane ideały należy od razu odrzucić na rzecz stronniczości, komercjalizacji czy wreszcie przekonania o słuszności własnego zdania bez względu na to, czego to zdanie dotyczy. Zdumiewające jest, że dziennikarze w Polsce (i nie tylko w Polsce) są gotowi wyrazić swoją opinię na niemal każdy temat od służby zdrowia przez szkolnictwo po politykę międzynarodową oraz gospodarkę i finanse. Na ogół przy tym są niezależni z wyjątkiem tego, że są uzależnieni od własnej wiedzy na temat wszystkiego.

Dziennikarze zapomnieli, że to demokracja sprawiła, iż są niezależni. Jeszcze w okresie międzywojennym pisywali pod dyktando szefa redakcji lub właściciela pisma. Teraz naturalnie też tak bywa, ale słusznie jest to uznawane za skandal. Liczba nieprawdziwych informacji, jakie pojawiły się w europejskiej prasie na temat samego Hitlera, jego działań i zamiarów była zdumiewająca, a wszystko to nie wynikało z dziennikarskiej niezależności, lecz z zależności od wydawców, którzy chcieli uniknąć za wszelką cenę wielkiej wojny, a nawet nadmiernego napięcia w stosunkach międzynarodowych. Wydawcy z kolei byli związani z politykami i bez najmniejszego przymusu realizowali ich politykę.

Dzisiaj taki układ jest niemożliwy, a kiedy zostaje czasem, jako wyjątek, wykryty, potępienie jest powszechne. Oczywiście, co innego znani publicyści o wyrobionych nazwiskach. Z reguły zajmują oni konkretne pozycje polityczne i chociaż nie są formalnie związani z żadną z partii, mają znane powszechnie tendencje i z góry wiemy, że czytamy – na przykład w Stanach Zjednoczonych – zwolennika republikanów czy demokratów. To jest zaangażowanie polityczne na najwyższym i godnym szacunku poziomie, zaangażowanie całkowicie merytoryczne.

Przeciwieństwem takiego zaangażowania jest pozorna neutralność prasy lokalnej. Wiem, że w Polsce prasa lokalna chętnie opisuje skandale polityczne, kiedy już się zdarzyły, ale to jest stosunkowo proste zadanie. Ważniejsze znacznie byłoby udzielanie pomocy obywatelom, kiedy władza lokalna, na którą wpływ, i to ograniczony, mają przecież tylko raz na cztery lata, planuje przedsięwzięcia godne co najmniej dyskusji ze względu na ich finansowy rozmiar. W mojej okolicy w jednej z miejscowości wybudowano sporym kosztem zjazd narciarski na kompletnej równinie. Nie wiem, czy to było sensowne, czy nie, ale wiem, że nie odbyła się na ten temat żadna publiczna dyskusja, co właśnie stanowiło zadanie dla prasy. Nie pochwalić ani potępić, ale dać możliwość publicznej debaty.

W całkowitej sprzeczności z tak pojmowanym dziennikarstwem, a więc wysokiej klasy opiniotwórczym i na wszystkich szczeblach pomocnym obywatelom, stoi propagowanie przez media gotowych stanowisk, które służą jedynie upowszechnieniu skądinąd znanych politycznych opcji. Wtedy nagle dziennikarze z niezależnych i służebnych społeczeństwu pracowników stają się usługowymi pracownikami partii politycznych, chociaż nie biorą od nich pieniędzy. Nie chcę wskazywać na konkretne media, ale wszyscy wiemy, o co i o kogo chodzi. Dlatego zwłaszcza w demokracji niezależność dziennikarska jest wysoko w cenie, ale niezależność rzeczywista. I niech mają pretensje do świata ci, którzy z takiej niezależności sami zrezygnowali.