Na początek małe wyjaśnienie dla niezorientowanych. Google Glass to okulary połączone z internetem. Internet obsługuje się ruchem gałki ocznej. Podobno. Bo Google Glass miało na nosie niewielu szczęśliwców. Wybrano ich w losowaniu. I jeszcze musieli zapłacić 1,5 tys. dol. Rzecz jest na razie prototypem. Wersja na rynek ma być gotowa na początku 2014 r. Możliwości Google Glass są nie niezmierzone. Wyobraźmy sobie, że spragniony miłości singiel wchodzi do knajpy, zakłada okulary i omiata wzrokiem towarzystwo. A Google podświetla mu na czerwono wszystkie kobiety (albo mężczyzn), zarejestrowane w jakimś serwisie randkowym. I powstaje pełen przegląd pola bitwy. Te podświetlone, powiedzmy, na bladoczerowono pasują tylko do części zaznaczonych preferencji. A pełna czerwień oznacza, że ofiara ma wszystko, czego trzeba. Jest w odpowiednim wieku, ma odpowiedni zawód, też nie cierpi psów i też uważa, że Tomasz Mann to największy pisarz wszech czasów. Jakaż oszczędność czasu. Wystarczy podejść i powiedzieć: Wydaje mi się, że do siebie pasujemy, i najlepsze, że jest to... szczera prawda.

Reklama

Po tym jak kilka tygodni temu Google pokazał prototyp okularów, zaczęła się dyskusja i to od razu na kilku poziomach. Zatwardziali gadżeciarze przyjęli pozycję wyczekującą. Ale tak jest u nich zawsze. Nikt nie chce przeoczyć nowości, ale też wyjść na naiwniaka, który łyka, cokolwiek podrzuci mu producent. Wszyscy mówią, że to technologia jutra. Ale to jeszcze nie oznacza, że jest to technologia DZIŚ – pisał zgryźliwie jeden z blogerów. I wyliczał, że tych, którzy testowali okulary, bolała głowa, że wygląda się głupio. I że te okulary to nic więcej niż smartfon. Tyle że przyczepiony do twarzy.

Jeszcze ciekawsze, że okulary wywołały spore poruszenie wśród części klasycznej inteligencji. Niemiecki tygodnik „Die Zeit” od razu uderzył w wysokie tony. I napisał, że Google Glass jest najlepszym dowodem, iż racje mieli transhumaniści. A więc ci wszyscy, którzy głoszą, że człowiek jest już o krok od przejścia do fazy... nadczłowieka. Pamiętają państwo übermenscha? Pisał o nim Fryderyk Nietzsche w latach 80. XIX w. Potem koncepcje wejścia ludzkości na wyższy etap już bardziej systematycznie obrabiali inni: pionier science fiction H.G. Wells, zoolog Julian Huxley. Nawet brunatny Ernst Jünger fantazjował w 1949 r. o Phonophorze. Czyli czymś w rodzaju smartfona.

Zabawne jest też to, że o nowe technologie biją się prawica z lewicą. Na przykład dla słynnej feministki Donny Haraway są one dokończeniem rewolucji oświeceniowej. W „Manifeście cyborga” pisała, że robot to nie tylko połączenie człowieka i maszyny, lecz także istota uwolniona z przymusu binarności, pochodząca ze świata bez płci. Z kolei konserwatyści (jak Austriak Hans Moravec) wypatrują w transhumanizmie powrotu do starego porządku. Świata, w którym nie będzie już szkodliwych mrzonek o równości. Silni będą mieli dostęp do supertechnologii, a słabi zostaną zmuszeni do tego, by im służyć.

O tym wszystkim übermensch możne sobie poczytać jednym ruchem powieki w google’owych okularach. Tylko musi pamiętać, żeby się nie zaczytać. Bo podobno bateria pada już po trzech godzinach i trzeba szukać ładowarki. I wtedy dopiero wygląda się głupio.