Paradoksalnie, największym sukcesem tego Sejmu stało się odrzucenie hucznie zapowiadanej ustaw, zwanej pakietem Kluski. Była to troszkę słabsza wersja programu Hausnera sprzed czterech lat. Ów pakiet miał dać skrzydła przedsiębiorcom, ułatwić rejestrowanie firmy i uprościć procedury. Całość trafiła do komisji sejmowych, które tak się wytężyły w pracy, że wypuściły ustawowego potworka. I ten potworek szczęśliwie przepadł, a przedsiębiorcy odetchnęli z ulgą.

Jednak bubli było wiele, a pierworodnym stała się koalicja, która nigdy nie powstała. U samego zarania Sejmu V kadencji złamano obietnice dane wyborcom, że władzę przejmą PO i PiS. Ten grzech pociągnął za sobą całą następującą po nim degrengoladę. Wynikał z dwóch przyczyn: obiektywnej i subiektywnej. Obiektywnie nie dawał szans na porozumienie w sprawie terminu wyborów prezydenckich - kampania przed nimi toczyła się w czasie rozmów o koalicji, a to nie sprzyjało racjonalnej dyskusji. Zwłaszcza - i tu czynnik subiektywny - kiedy dyskutują charakteropaci, jakimi okazali się liderzy dwóch zwycięskich ugrupowań.

Z tego wyniknął bubel jedynie trochę mniejszy: koalicja powołana w zastępstwie obiecanej. Dla wielu szokująca: umiarkowanie prawicowego PiS ze skrajnie populistyczną Samoobroną i skrajnie konserwatywną LPR. Szybko zresztą wyszła bokiem nie tylko społeczeństwu, ale i samemu PiS. Gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie wzięło do koalicji Andrzeja Leppera, nie oglądalibyśmy gorszących scen z udziałem Adama Lipińskiego, jakie Renata Beger nagrała w swoim poselskim pokoju. Te sceny staną się symbolem minionej kadencji.

Zapamiętam jednak też Sabę, pupilkę marszałka Dorna. Choć bardzo lubię psy, uważam, że nie uchodzi, by marszałek wprowadzał do Sejmu swojego - choćby najsympatyczniejszego - czworonoga. Tym bardziej nie wolno mu było wysyłać funkcjonariuszy BOR na spacer z suczką. TVN udało się sfilmować, jak Saba w towarzystwie dwóch BOR-owców robiła kupę na trawniku przed Sejmem. Oczywiście nikt po niej nie posprzątał. Samego Dorna uważam zresztą za najgorszego w ostatnich 18 latach marszałka Sejmu, nie dość, że bardzo partyjnego, to jeszcze bardzo aroganckiego. Ostentacyjnie złamał on wszelkie ustalone zasady współpracy ugrupowań sejmowych.

To, że ten Sejm był tak kiepski, nie jest dziś jednak największym zmartwieniem: smutne jest to, że każdy kolejny był dotychczas gorszy od poprzedniego, a to marnie wróży na przyszłość. Ta równia pochyła bierze się zapewne z anachronicznego sposobu wybierania posłów. Przyszli rządzący powinni poważnie zastanowić się, jak długo można tolerować brak osobistej odpowiedzialności wybranych wobec wyborców.

System proporcjonalny wpisany do konstytucji miał nas uchronić przed całkowitym rozdrobnieniem partyjnym. To była lekcja pierwszych lat demokracji, w której kolejne parlamenty rozsypywały się na dziesiątki niemogących się dogadać ugrupowań. Teraz nie jest to nam już potrzebne, bo liczących się sił politycznych pozostało kilka.

Nadszedł więc czas na zmianę reguł gry, by wyborcy mogli głosować na ludzi, a nie na partie. To może dałoby nadzieję na większą odpowiedzialność poszczególnych posłów. W szczęśliwie minionym Sejmie było bowiem tak, że istniało może 60 znanych twarzy biegających od radia do telewizji i z powrotem (wśród nich kilku prawdziwych fighterów z nadpobudliwością psycho-ruchową jak posłowie Gadzinowski czy Cymański) oraz szara 400-osobowa masa posłów nikomu nieznanych, służących jedynie jako maszynki do głosowania.

Jeszcze kilka tygodni temu nie wierzyłem, że ten Sejm może się rozwiązać. Rozwiązywać się miały już poprzednie: podczas dryfu rządu Marka Belki czy wcześniej, kiedy konała AWS. Ale do samorozwiązania wówczas nie doszło - a tym razem tak. I to, że umiał się sam unicestwić, stało się największą zaletą tego Sejmu.