Podczas Bożego Narodzenia przez ekrany naszych telewizorów przewinęła się galeria filmowych bohaterów, tyleż atrakcyjnych, co skutecznych w likwidowaniu zła na ziemi. Ale w filmie
"Autostopem przez galaktykę" według kultowej powieści Douglasa Adamsa pojawił się inny bohater. Prezydent galaktyki jest przystojnym młodzieńcem (wprawdzie z dwiema głowami,
ale taki urok kosmosu), który wygrał wybory dzięki wdziękowi. Ma jedną wadę: nic od niego nie zależy. Na planecie biurokratycznych stworów Dogonów traktowany jest jak uciążliwy
petent.
Czy Tuskowi grozi rola owego prezydenta? Postać z "Autostopem przez galaktykę" to debil, który wydaje rozkaz zniszczenia Ziemi, myśląc, że podpisuje autograf. Tusk jest
inteligentnym politykiem z przekonaniami i niezłym instynktem. Ale nie oszukujmy się - już czujemy niepokój, czy unoszenie się w międzygalaktycznych przestworzach nie jest jego receptą na
rządzenie.
A może nie? Może za kulisami trwa wyścig z czasem, aby wygenerować to co potrzebne - od reformy służby zdrowia poczynając. Dlaczego jednak te pomysły nie powstały wcześniej w sławetnym
gabinecie cieni? Tusk powiela błędy poprzedników. I zmylony uśmiechami publiczności oraz własną skutecznością w kontrolowaniu politycznej kuchni może wierzyć, że uniknie kary.
Tymczasem znalazł się między dwiema tendencjami. Jedna to rosnąca rola politycznego marketingu. Opłaca się gotować przed kamerami i pozwalać fotoreporterom buszować we własnych szafach. Gdy
polityk ma naturalny dar empatii, może osiągnąć namiastkę sukcesu.
Ale jest i druga tendencja. Po aferze Rywina i paradoksalnie po rządach Kaczyńskiego, od którego Tusk chce się odróżniać, trudno gwarantować komukowiek pełną osłonę medialną. Zajęty tak
niedawno wspieraniem liberałów Tomasz Lis już ogłosił w "Gazecie Wyborczej", że nowy rząd ma puste ręce. A tabloidy równie chętnie zaproszą premiera do gotowania, jak
rzucą się na potknięcia. Pierwsze spektakularne morderstwo każe spytać, co robi odżegnujący się od wpływu na prokuratorów minister Ćwiąkalski. Pierwsze przypadki kakofonii między
premierem i ministrami już są okazją do kłopotliwych pytań.
Tusk ma przewagę nad poprzednikiem. Nie będzie - używając określenia Michała Kamińskiego - czarną ikoną popkultury. Ale krytyka, nawet zbyt nerwowa, dosięgnie i jego. Zwłaszcza gdy
opiniotwórcze środowiska mają tyle partykularnych powodów, by mu dokuczać - bo "klerykalny", "zbyt wolnorynkowy" albo "ciągle za mało
teflonowy". I zwłaszcza gdy dla Polaków ustawiczne rozliczanie przywódców stało się narodowym sportem, a dla popularnych mediów - przemysłem.
Co więc w przyszłym roku? Balansowanie między obiema tendencjami. Może Platformie spadnie w sondażach, a Tusk pozostanie kochanym, choć nieco gorzej ocenianym singlem? A może ta ekipa
wyciągnie coś z zanadrza? Musi to być coś więcej niż zniewalający uśmiech. Pogrążonej w bólach transformacji Polsce daleko do beztroski filmowej galaktyki.