Sto dni jest zaś doskonałą okazją do uhonorowania dotychczasowych klientów, czyli swojego elektoratu. Kolejne partie coraz lepiej przyswajają sobie tą zasadę.
Kolejne rządowe studniówki są coraz bardziej profesjonalne, organizowane z większą starannością. Premierzy i ich otoczenie coraz lepiej rozumieją zasady marketingu politycznego – wiedzą, że bardziej opłaca im się utrzymać już zdobytego wyborcę, niż zabiegać o niego od początku. Sto dni jest zaś doskonałą okazją do uhonorowania dotychczasowych klientów, czyli swojego elektoratu. Kolejne partie coraz lepiej przyswajają sobie tą zasadę.
Dlatego też od studniówki organizowanej przez Krzysztofa Kwiatkowskiego dla Jerzego Buzka lepsza była studniówka organizowana przez Konrada Ciesiołkiewicza dla Kazimierza Marcinkiewicza. Wydawałoby się, że ta ostatnia była majstersztykiem politycznego marketingu – było to doskonałe przedsięwzięcie i jeszcze dziś widzimy jego skutki w sondażach, w których Marcinkiewicz dzięki pracy Ciesiołkiewicza plasuje się bardzo wysoko.
Studniówka trio doradców Donalda Tuska, czyli Tomasza Arabskiego, Rafała Grupińskiego i Agnieszki Liszki, jest jednak jeszcze lepsza, tak jakby użyli oni najnowszych technik politycznego marketingu i pracy nad wizerunkiem. Wcześniej każde podsumowanie stu dni rządu było niezwykle techniczne. Mam wrażenie, że w przypadku Tuska mamy jednak do czynienia z prymatem wizerunku humanisty, a nie technologa rządzenia.
Technolog rządzenia swoje expose przygotowałby dokładnie tak jak wszyscy wcześniejsi premierzy: nakazałby przygotować każdemu z ministrów 4 – 5 stron raportu, to zostałoby zebrane w jeden zestaw materiałów, które byłyby odczytane przez premiera. Tusk natomiast w miejsce technicznego przyjęcia zaproponował trzyipółgodzinną opowieść. Sto dni rządu to dalszy ciąg tej opowieści. Za czasów Millera, Buzka, a nawet Marcinkiewicza sto dni rządu przypominało odpytywanie poszczególnych ministrów, co takiego zrobili, nad czym pracują i co zamierzają. Była to technologia polityczna XX wieku, Tusk zaproponował w to miejsce ujęcie humanistyczne rodem z XXI wieku.
Często porównuje się Donalda Tuska do Kazimierza Marcinkiewicza, ale po stu dniach widać, że Tusk jest lepszym Marcinkiewiczem. Przypomnijmy sobie początki politycznej kariery premiera z Gorzowa. Brakowało mu cech przywódczych – objął stanowisko premiera, ponieważ wydawało się, że nie może być zbyt popularnym politykiem i zagrozić pozycji braci Kaczyńskich. Konrad Ciesiołkiewicz zaproponował jednak rewelacyjną kreację męża stanu, w którą wcielił się wcześniej nieznany poseł PiS. To Ciesiołkiewicz, którego rola jest nie do przecenienia, z posła trzeciej ligi PiS stworzył polityka o tak dobrym wizerunku. I choć pracował z Marcinkiewiczem znacznie dłużej, to Tusk już w tej chwili po stu dniach rządów osiągnął podobną pozycję do tej, jaką Marcinkiewicz miał w momencie rezygnacji z urzędu premiera.
W przeciwieństwie do Tuska Kazimierz Marcinkiewicz nie proponował wyborcom żadnej spójnej opowieści. Proponował jedynie sympatyczne rządzenie z uśmiechem na ustach, a studniówka jego rządu to było po prostu odpytanie poszczególnych ministrów, co takiego zrobili. Z kolei bracia Kaczyńscy wygrali wybory, proponując Polakom opowieść o IV RP, czyli o kraju, w którym jest duże rozwarstwienie, rosną fortuny bogaczy, a nieuporządkowane działania lobbystów sprowadzają się do eliminowania z rynku poszczególnych ministrów. Polacy kupili tę opowieść.
Aby ją rozbić, potrzebna była kontropowieść, czyli mit o cudzie. W marketingu politycznym nie do końca ważna jest rzeczywistość – nie chodzi o to, by podać dokładną liczbę ludzi wracających do Polski, ale o to, żeby przekonać opinię publiczną, że wracają. Temu przecież służyła wizyta Tuska w Irlandii – nie było najważniejsze, żeby zdobyć głosy Polaków na obczyźnie, ale to, by w ten sposób uwiarygodnić opowieść o polskim cudzie i powracaniu do kraju tych, którzy z niego wyjechali. Nie chodziło o liczbę głosów oddanych na Tuska, ale o to, żeby pokazać, że Tusk tworzy Polskę, do której wrócą ci, którzy wyjechali.
Tusk – może bardziej niż Marcinkiewicza – przypomina mi Leszka Millera. Przynajmniej, jeśli chodzi o jego umiejętność wyciągania wniosków z popełnianych błędów. Miller widział, że ma gabinet dwóch prędkości – część ministrów znakomicie dawała sobie radę, inni się nie sprawdzali. Po wypowiedziach Tuska widać, że choć stara się nie oceniać wymienianych z imienia i nazwiska ministrów, zdaje sobie sprawę, że także jego rząd działa w dwóch prędkościach. Zapowiedział, że najpóźniej do sierpnia doprowadzi do pierwszych zmian. I już teraz widać, że Tusk naprawdę może być żelaznym kanclerzem, który powie, że starał się, wystawiał notki swoim ministrom, ale oni nie byli w stanie sprawniej pracować, więc muszą odejść.