Całą sprawę rozpoczął prezydent RP, który był uprzejmy w swoim oficjalnym wystąpieniu do narodu użyć wizerunku tych panów. Ci panowie poczuli się wywołani do
tablicy przez prezydenta 40-milionowego kraju w Europie. Na ich miejscu też bym się tak poczuł. To przecież nie oni wplątali się w prezydenckie orędzie - ich tam wplątano.
Stali się stroną tego polityczno-obyczajowego sporu, a w naszym programie staramy się takich ludzi wysłuchać. Tym bardziej że orędziem Lecha Kaczyńskiego poczuli się skrzywdzeni. A to, czy przyjechali z Nowego Jorku, czy z Pernambuco - nie ma żadnego znaczenia. Czy gdyby to byli homoseksualiści z Warszawy, zaproszenie ich do "Teraz my!" byłoby usprawiedliwione?
Nie dostali od nas żadnych pieniędzy. Jak każdemu, kto przychodzi do naszego programu, zwróciliśmy im koszty podróży i pobytu w Warszawie. To przecież oczywiste - dlaczego goście mieliby
sponsorować naszą audycję?
Kiedy zależało nam na rozmowie z Januszem Kaczmarkiem, on akurat przebywał kilka tygodni w Niemczech. Zgodził się na udział, ale zapłaciliśmy za jego podróż Hamburg-Warszawa-Hamburg. W tym nie ma niczego dziwnego.
Ale oni już wcześniej zapowiedzieli, że wybiorą się do Polski z powodu orędzia. Nie wyglądają na ludzi, których na taką podróż nie byłoby stać. A nam zależało, by przyjechali szybko,
dopóki sprawa w Polsce jest aktualna.
Sprawa została rozdmuchana przed ich przyjazdem. Przez kilka dni był to jeden z najważniejszych tematów politycznych w kraju. Z tego, co wiem, nie byliśmy jedyną telewizją, która starała
się o ich przyjazd do Polski i wywiad z nimi.
Ja przyjmuję ich argumentację, że zostali w tym wystąpieniu przedstawieni jako straszliwe zło. Przekaz był taki, że prezydent nie może ratyfikować traktatu, bo po pierwsze przyjdą Niemcy i zabiorą nam nasze ziemie, a po drugie będziemy musieli zgodzić się na coś równie strasznego: homoseksualne małżeństwa.
I taka sugestia została zilustrowana wizerunkiem Brendana Faya i Thomasa Moultona z najpiękniejszego - jak mówią - dnia ich życia. Trudno się dziwić, że poczuli się urażeni. Wyobraźmy sobie, że prezydent straszy Polaków żydowskimi roszczeniami majątkowymi i ilustruje to zdjęciem jakiegoś Żyda. Czy dziwilibyśmy się, że ów poczuł się dotknięty?
To kwestia czysto techniczna: problem tłumaczenia. Gdybyśmy nadali tę rozmowę na żywo, niezmontowaną, byłaby trudna do wytrzymania. Najpierw my zadajemy pytanie, goście czekają na jego tłumaczenie, później oni odpowiadają, a widzowie czekają na tłumaczenie itp. W przewidzianym czasie audycji zdążylibyśmy zadać nie kilkanaście, ale co najwyżej kilka pytań. Proponowaliśmy Michałowi Kamińskiemu, by wystąpił w tym programie, ale odmówił. Ostatecznie racji prezydenta bronił Tadeusz Cymański w rozmowie z Tomaszem Raczkiem.
Prawdę mówiąc - tak. Ale nie to było powodem ich zaproszenia. Chciałbym jeszcze dodać, że ze względu na swoje żydowskie korzenie uważam się za człowieka niezwykle uwrażliwionego na
sprawy mniejszości. Mimo to złapałem się na tym, że Brendana Faya i Thomasa Moultona traktuję tak, jak mnie traktują ludzie, kiedy się dowiedzą o moim pochodzeniu: boją się powiedzieć
żart o Żydach, uważają, by mnie nie urazić. Po poniedziałkowym programie zacząłem jednak traktować gejów zupełnie naturalnie. Chcą wstępować w związki? Niech wstępują. Komu to
szkodzi?