Dziennik Gazeta Prawana logo

Ustawa kompetencyjna, czyli PiS zawsze czuwa

29 kwietnia 2008, 02:58
Ten tekst przeczytasz w 5 minut
Ireneusz Krzemiński dla DZIENNIKA
Ireneusz Krzemiński dla DZIENNIKA/Inne
Nowa awantura między Prawem i Sprawiedliwością, prezydentem oraz rządzącą Platformą wzmaga się i na pewno opanuje za chwilę pierwsze strony gazet i telewizyjne wiadomości. O co tym razem chodzi? Otóż, jak się okazuje, będzie to ciąg dalszy sprawy wokół traktatu lizbońskiego, a konkretnie ustawy kompetencyjnej, która ma raz na zawsze - i na wieki - strzec ustaleń towarzyszących ratyfikacji - pisze w DZIENNIKU socjolog Ireneusz Krzemiński.

Problem w tym, że wedle wszelkich opinii ustawa ta jest niekonstytucyjna, czyli jednym słowem łamie reguły wciąż obowiązującej Konstytucji RP. Jak wiadomo, rząd PiS miał w planach zmiany konstytucyjne, ale skoro treść Konstytucji RP nie uległa zmianie, rodzi się dość naturalne pytanie, dlaczego - było nie było - prawnicy, którzy są liderami PiS, włącznie z samym panem prezydentem - zgłaszają taki projekt? I czemu właściwie ma służyć takie działanie?

Najprostsza odpowiedź pochodzić może - rzecz jasna - ze sfery "polityki po polsku". PiS - i sam prezydent - wnosząc taki projekt, który na pewno wesprą stosowną oprawą propagandową, mogą liczyć na poklask narodowo-katolickiej, antyeuropejsko nastawionej części swych wyborców. Dzięki temu zabiegowi i poniekąd bez względu na wynik tej ustawowej operacji utwierdzą swych zwolenników, że wciąż czuwają i chcą Polsce nadać właściwy kierunek. To, że sama ustawodawcza inicjatywa w punkcie wyjścia jest niezasadna, niewiele tu ma do rzeczy. Po pierwsze bowiem dla znaczącej części zwolenników PiS takie subtelności są zbyt zawiłe, a poziom intelektualny nie bardzo pozwala na samodzielne analizy. Po drugie zaś - co może ważniejsze - zgodnie z deklaracjami samego Prawa i Sprawiedliwości są to często osoby i środowiska, które przecież z założenia negują porządek konstytucyjny i byłyby skłonne na pewno poprzeć zmiany, jakie chciałoby w Konstytucji poczynić PiS. A niekonstytucyjność ustawy, gdy jest słuszna ideowo, nie może rzucić złego światła na jej twórców. Po trzecie - wreszcie, kto jest swój, a kto wróg w dziedzinie społecznej zostało rozstrzygnięte raz na zawsze.

W dodatku klęska wnoszonej inicjatywy prawnej może być - przy właściwej aranżacji propagandowej - doskonałą okazją do konsolidacji własnego środowiska w stosunku do rządzącej koalicji, a szczególnie głównego jej wroga, czyli PO. Słuszność wszak i dobre intencje inicjatorów ustawy nie ulegają żadnej wątpliwości dla zwolenników PiS - tym gorzej dla ich przeciwników.

Myślę, że warto jednak spojrzeć na całą tę sprawę z nieco szerszej perspektywy, także związanej z polityką w demokratycznym ustroju. W ten sposób manifestowane i utwierdzane społecznie dążenie, aby własne rozwiązania polityczne i związane z tym stanowisko ideowe traktować z założenia jako coś jedynie słusznego jest niezwykle znamienne. Oznacza to tak naprawdę przeniesienie do sfery zmiennego, ograniczonego życia społecznego reguł z innego świata, z innego porządku, w którym raz odkryte prawdy są odkrywane na wieczność. To świat religii - bądź filozofii - z polityką na pewno powiązany, ale przecież nie tożsamy. Usilne dążenie wyrażane także przez Prezydenta RP, który chciałby, aby ograniczenia w uznaniu tzw. Karty praw podstawowych, które towarzyszyły polskiemu przyjęciu traktatu lizbońskiego, oraz słynna formuła z Joaniny nie mogły ulec zmianie, oznacza głębokie lekceważenie pluralistycznego porządku demokratycznego społeczeństwa. Społeczny pluralizm oznacza bowiem swobodę dyskusji i możliwość podejmowania na nowo kontrowersyjnych problemów. Ale oznacza to też coś więcej: zanegowanie prawa społeczeństwa do zmiany i własnego rozwoju, a także podejmowania debaty w oparciu o własne doświadczenie. Ot, choćby dłuższe uczestnictwo w Unii Europejskiej nauczyć może nieufnych Polaków, że Joanina nie jest wcale tak bardzo potrzebna, bo i tak zdecydowana większość ważnych decyzji zapada po długich negocjacjach dyplomatycznych, w których dąży się do wspólnych ustaleń zanim dojdzie do finalnych głosowań. Problem z Kartą praw podstawowych jest jeszcze bardziej ponury. Wszak ograniczenie jej działania podyktowane jest obawą - tak głośno wyrażaną przez część środowisk kościelnych - że otworzy to drogę do uznania związków partnerskich, w tym także osób homoseksualnych. Ten egzotyczny na gruncie nie tylko europejskim pogląd, obciążony nieludzką wrogością wobec gejów i lesbijek, ma oto być zamrożony ustawowo - a to oznacza także odmówienie społeczeństwu i jego politycznej reprezentacji prawa do zmiany przekonań i nastawień. Polityka - żywioł zmienny i cyniczny - zmienia się tym samym w coś, co udaje rzeczy święte i niezmienne, mimo zmienności życia. Jakaż obłuda i pycha zarazem się w tym kryją!

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj