Tak jakby w Polsce i w polityce nie można było być po prostu sobą. Myśleć i mówić, co uznajesz za stosowne, za słuszne. Tak jakby bycie politykiem skazywało człowieka na udział w wielkiej grze z wyznaczonymi z góry zadaniami, tak jakby odbierało właściwą każdemu z nas odrobinę szaleństwa czy nawet osobowość. Nie, nie można być Palikotem we własnym kraju - trzeba być narzędziem. Szamanem. Graczem. Szachistą. I trzeba mieć co najmniej prezydenckie aspiracje.
Poproszony przez DZIENNIK o próbę odpowiedzi na pytanie: o co panu chodzi, panie Palikot?, chcę wzorem Gombrowicza ("im mądrzej, tym głupiej”) wyłożyć własne poglądy dość prosto, odnosząc się nie tyle do bieżących wydarzeń i stawianych mi zarzutów, ile do spraw i wątków, które w swoim życiu uznaję za najważniejsze.
Jest zasadnicza różnica w mówieniu "Spieprzaj, dziadu!” do obywatela i do polityka. Do obywatela nie wolno tego powiedzieć ani Kaczyńskiemu, ani Sarkozemu. Politykowi - w
twarz - wolno tak powiedzieć każdemu. Kto jest politykiem i rozumie przez to przynależność do klasy wyższej, której innym oceniać nie wolno lub nie wypada, ten urodził się sto lat za
późno. My jesteśmy także po to, by stanowić publiczny punkt odniesienia, by można było nas wartościować, klasyfikować, oceniać.
Nie wolno robić skandalu, wskutek którego krzywdy doznaje zwykły człowiek. Nigdy! Wskazane jest jednak robić skandal, który zmusza klasę polityczną do działania. Do tego, aby „coś
z problemem zrobić”. Skandalem bywa też brak dyskusji, brak odwagi, by ją zacząć. Posłużę się własnym przykładem: nie wyciągałbym przed kamerami plastikowego wibratora, gdyby
politycy i urzędnicy chcieli choć przez jeden moment zająć się gwałtami w policyjnych izbach zatrzymań. Skandal, który służy poruszeniu opinii publicznej w ważnej społecznie sprawie, nie
jest skandalem. Może być - jak by to ujął Mistewicz - marketingową narracją, choć według mnie jest po prostu zaczynem debaty.
Czy obywatelowi wszystko wolno? Do tego pytania jesteśmy przyzwyczajeni. Ale inne z ważnych pytań brzmi: co wolno urzędnikowi? Obywatelowi wolno wszystko, co nie jest zabronione prawem, ale
urzędnikowi - tylko to, na co zezwala obywatel. Jeśli obywatele wyrażają zgodę, by urzędnicy pili za ich pieniądze whisky, niechaj piją. Ale jeśli zgody takiej nie ma - mogą pić tylko za
swoje. I nie jest ważne, czy koszty dwóch szklanek whisky zostaną (na wezwanie) zwrócone, czy też nie; sięgać do publicznego grosza bez zgody obywateli po prostu nie wolno.
Piekarza, który rozdawał chleb biednym, skontrolowano wiele razy i doprowadzono do upadłości. Tadeusza Rydzyka, który zabrał pieniądze biednym, nie skontrolowano ani razu. Tak!!! Firmy i
fundacje ojca Rydzyka nigdy nie były kontrolowane przez urzędy skarbowe. Zamiast kontroli zaszczycany był licznymi wizytami rządowych i politycznych prominentów, a ślad za nimi spłynęły nań
liczne kontrakty rządowe. Do piekarza ministrowie jakoś zajrzeć nie chcieli. Jestem byłym studentem KUL-u, w moim domu często bywają ludzie Kościoła, z niektórymi z nich łączą mnie
długie i mocne więzy. Nie atakuję Kościoła. Nigdy nie zaatakuję Kościoła. Atakuję natomiast i będę atakował brak równości obywateli w państwie. Oceniam postawę polityczną Tadeusza
Rydzyka, a nie duszpasterskie audycje jego radia. Wypominam jego bezkarność biznesową, pomny doświadczeń piekarza.
Czegoś żądasz, coś postulujesz, domagasz się. Masz prawo, to oczywiste. Ale powiedz też - co sam zrobiłeś, czego dokonałeś? Wielu polityków myśli, że ich żywot zaczyna się z chwilą
wejścia do parlamentu. A przecież trzeba widzieć ich poglądy razem z całym życiem, z bogactwem lub ubóstwem życiowego dorobku. Gospodarcze poglądy Waldemara Pawlaka, dziś ministra
gospodarki, są wiarygodniejsze od poglądów premiera Pawlaka - bo minister Pawlak zdążył poznać gospodarkę jako szef Warszawskiej Giełdy Towarowej, a premier Pawlak znał ją ze sprawozdań
swoich urzędników. Mnie także ukształtowała moja przeszłość. Zbudowałem Ambrę, moją pierwszą firmę, na zielonej trawie. Kupiłem lubelski Polmos jako słabe, bankrutujące
przedsiębiorstwo państwowe. Firmy te, gdy je rozwinąłem, płaciły dziesiątki milionów podatków rocznie i zatrudniały kilkaset osób. Współtworzyłem Biłgorajską Agencję Rozwoju
Regionalnego, Fundusz Lokalny, kolegium UMCS w Biłgoraju i wiele innych instytucji obywatelskich. Latami wspierałem kulturę i finansowałem wydawanie i rozdawanie książek. Dlatego mam takie, a
nie inne poglądy. To biznes ukształtował we mnie prostolinijną postawę: w biznesie reguły są czystsze i bardziej proste niż w polityce. I to dlatego mówię dziś to, co myślę. Jak w
firmie.
Mam odwagę uznawać niektórych ludzi za autorytety. Jednym z nich jest Lech Wałęsa i pewnie dlatego brzydzę się tym, co mówi o nim obecny prezydent. Są dla mnie w polskiej polityce
autorytetami: Balcerowicz, Olechowski i Tusk. Balcerowiczowi należy się pomnik w każdym polskim mieście. Zawsze przedkładał dobro wspólne nad własną osobę. O Olechowskim opowiedział mi
kiedyś Jan Nowak-Jeziorański następującą historię. Gdy Olechowski, jako minister spraw zagranicznych, był z pierwszą wizytą w USA, odbyło się między innymi spotkanie z ówczesnym
sekretarzem stanu. W części koktajlowej ów sekretarz zadał kurierowi z Warszawy pytanie: Panie Janie, jak to jest, że Polska, która doświadczyła zbrodni katyńskiej, zniszczenia Warszawy,
Holocaustu i pięćdziesięciu lat komunizmu, jest w stanie wydać z siebie kolejnego ministra spraw zagranicznych, który spokojnie mógłby być ministrem w rządzie amerykańskim? Tusk z kolei
miał odwagę powiedzieć o polityce miłości. Siła tej odwagi to także siła naszego zdziwienia, gdy po raz pierwszy usłyszeliśmy to sformułowanie.
Bawi mnie ich niechęć do mówienia, dla kogo pracowali w przeszłości. Kto wyprodukował Andrzeja Leppera, to wiadomo, ale komu zawdzięcza swój polityczny kunszt poseł Tadeusz Cymański? Kto
kreował posła Piotra Misztala? Kto pomógł Krzysztofowi Rutkowskiemu? W tym zawodzie najciszej jest o referencjach. Jest ktoś, kto pracował przez lata dla Jana Rokity i Macieja Płażyńskiego,
a teraz recenzuje Platformę Obywatelską, ktoś inny przez lata był kumplem Zbigniewa Ziobry i pisał peany na rzecz PiS, a teraz ustawia się w roli recenzenta. W dobie takich
„narracyjnych” przeobrażeń politycznych, o których z przejęciem donosił Mistewicz, ważne jest zatem pytanie: dla kogo pracujesz?! Od specjalistów PR, którzy publicznie
wygłaszają swoje opinie, media powinny żądać takich właśnie informacji. Dla czystości życia publicznego. I gwoli dziennikarskiej rzetelności połączonej z dociekliwością. Ale
specjalistów od marketingu politycznego nikt w Polsce nie ocenia, nie rozlicza, nie opisuje.
Otóż nie obawiam się zemsty PiS, modlitw ojca Rydzyka, pogróżek przeciwników i mecenasa Giertycha. Nie boję się wkładać kolorowych marynarek i spodni, nie obawiam się telewizyjnego widoku
moich kręconych włosów i butów, które urzekają Tomasza Lisa. To moje buty i włosy, nie muszę ich zmieniać. Nie obawiam się także utraty poparcia ani ryzyka popełnienia błędu. Boję się
peronów we Włoszczowej, w całej Polsce. I taniego populizmu, któremu nikt nie próbuje się przeciwstawiać.
Sensem, najgłębszym sensem sejmowej komisji Przyjazne Państwo jest na nowo ułożyć relacje między obywatelem a urzędem. Niestety, nie mamy w tej sprawie żadnej dyskusji, a jedynie
trzeciorzędne spory o przecinki i kropki. To, że obywatele mogą proponować rozwiązania legislacyjne, jest formułą bezpośredniej demokracji, jakiej jeszcze w Polsce nie mieliśmy. Sukcesem tej
komisji będzie tylko i jedynie to, że obywatele odczują, iż mogą mniej się trudzić w kontaktach z administracją. Choć sam fakt zmobilizowania tak licznej rzeszy ludzi do wspólnej pracy jest
już cenny i będzie pouczający.
Rafał Dutkiewicz, którego da się lubić mimo całej wrzawy wokół niego, okazał się wielokrotnie politykiem nieskutecznym. Nie udało mu się pozyskać do żadnego z projektów wystarczającej
większości. Wrocław przegrał wszystkie starania o ulokowanie ważnej imprezy w tym mieście. Skuteczność naszych polityków bywa zatrważająco niska. Jedyne co Polska potrafiła wynegocjować
w ostatnich latach, to Euro 2012, choć prawdopodobnie udział Ukraińców był w tym trochę większy. Kaczyńscy w ramach negocjacji próbowali straszyć Europę. Straszyć można tylko raz,
później zostaje się z niczym. Nie udało się im niczego wynegocjować dla Polski. Niestety. Traktat lizboński to jest dokładnie to, czego chciała od nas Unia Europejska, a nie to, co z wielkim
trudem wynegocjowaliśmy. Swoją drogą dobrze się stało, że został zaakceptowany.
Wstawać rano do pracy, płacić podatki, działać lokalnie, przyjaźnić się z ludźmi w Europie. Patriotyzm to normalność. To głębsza integracja z sąsiadami. To tolerancja. I pewnie też
trochę ta Tuskowa miłość.
I tyle. Tak to widzę, taki jestem. Proszę mi innej gęby nie przypisywać.