Na tle Starego Kontynentu po 1989 r. Polska odniosła bezsprzecznie wielki sukces. Rzadko zdarza się, by bankrut zmuszony do transformacji ustrojowej i ekonomicznej przeszedł przez nie tak śpiewająco, że potem mógł chwalić się niemal trzema dekadami nieprzerwanego wzrostu PKB. Długo wmawiano Polakom, iż stało się tak dzięki genialnym reformom gospodarczym zaordynowanym im na początku lat 90 przez ówczesnych przywódców. Jednak prawda jest taka, że do rozwoju oraz bogacenia się państwa najbardziej przyczynili się jego obywatele. Ich obrotność, pracowitość i elastyczność były fundamentem polskiego sukcesu. Wystarczyło, że po upadku komunizmu państwo wreszcie przestało nakładać kaganiec na każdą formę aktywności, a to co ludzie tworzyli niszczyło zdecydowanie rzadziej. Ba! Trzeciej RP zdarzało się nawet bywać dla swych obywateli pomocną.

Reklama

Ten fenomenalny sukces ma jeszcze jedną, najmniej zauważaną stronę. Po otwarciu na świat, zmuszeni do życia w warunkach rynkowej konkurencji Polacy wykazywali się zadziwiająco dużą wiedzą oraz umiejętnościami. W praktyce okazywało się, że system edukacyjny przez jaki przechodzili, nie był taki zły. Fatalnie opłacani i zawsze sfrustrowani nauczyciele oraz wykładowcy akademiccy potrafili całkiem wiele nauczyć swych podopiecznych. Najlepiej widać to na przykładzie losów milionów emigrantów. Poczynając od przysłowiowych polskich hydraulików we Francji, a kończąc na informatykach i lekarzach. Polacy wszędzie tam gdzie znaleźli nowy dom uczciwie zapracowali na opinię osób o wysokich kompetencjach zawodowych. Wszyscy kończyli nasze szkoły oraz uczelnie. To one wykształciły krajowi (a także niestety: Wielkiej Brytanii, Irlandii, Niemcom i kilku innym państwom) fantastyczny kapitał ludzki. Rzecz równie cenną, co zaawansowane technologie.

Tymczasem z systemem edukacji jest jak ze zdrowiem. Docenia się dawny stan wówczas, gdy skutki choroby zaczynają coraz mocniej doskwierać. Jak na razie polska edukacja zaraziła się koronawirusem i weszła w fazę duszności oraz rosnącej temperatury. Za miesiąc może być już znacznie gorzej, lecz pełne konsekwencje choroby odczują wszyscy dopiero w kolejnych dekadach.

Gdy w marcu rząd ogłosił lockdown i zamknął szkoły przeszliśmy do czegoś, co należałoby nazwać – edukacją rytualną. Ów rytuał szkolny polegał na tym, że państwo, reprezentowane przez Ministerstwo Edukacji Narodowej udaje, iż obowiązek szkolny nadal obowiązuje. Zmuszając nauczycieli do udawania nauczania za pośrednictwem Internetu. Dzieci z domów, w których rodzice przykładali wagę do wykształcenia, udawały naukę. Ślęcząc w jej godzinach przy komputerach, głęboko zajęte mediami społecznościowymi lub grami. Dając od czasu do czasu znać nauczycielowi, iż są z nim obecne duchem. Jeśli idzie o prace domowe zwykle jedna osoba kopiowała odpowiedzi z sieci, po czym dawała jej reszcie klasy. W domach, gdzie wiedza nie jest w cenie, dzieci wybierały towarzystwo rówieśników lub także media społecznościowe, lecz bez duchowej więzi z nauczycielami.

Zdalne nauczanie oznaczało jedynie to, że jeśli rodzice nie brali na siebie etatów nauczycielskich, wówczas jego efekty były dokładnie zerowe. Nawet jeśli od września wszystkie polskie dzieci otrzymają dostęp do Internetu, a nauczycielom zapewni się interaktywne platformy edukacyjne, końcowy efekt tego wysiłku będzie dokładnie taki sam, ponieważ rodzice więcej niż jednego dziecka w wieku szkolnym kilku etatów nauczycielskich nie uciągną. Na dłuższą metę edukacja rytualna jest dla młodych ludzi tak deprawująca, jak niekończące się wakacje. Chcąc cokolwiek nauczyć nowe pokolenie musi ono wrócić do szkół. Jednak na miesiąc przed „godziną zero” jedyne co widać to ciemność.

Dokładny plan powrotu młodzieży do realnej edukacji powinien być już przygotowany. Wedle obwiązującej struktury aparatu władzy odpowiada za to Ministerstwo Edukacji Narodowej. Na dziś na pewno wiadomo jedynie to, że kieruje nim jakiś anonimowy człowiek o nazwisku bodajże Piontkowski (należy mieć nadzieję, że na stronie MEN nazwisko tego anonimowego ministra napisano poprawnie). Szefem ministerstwa został po tym, jak premier urządził łapankę na „kozła”, który zgodzi się być ofiarą sławnych reform Anny Zalewskiej. Gotów publicznie twierdzić, że upchniecie dwóch roczników w liceach oraz dwuzmianowy tryb pracy w przepełnionych podstawówkach są najlepszymi metodami rozwijania u dzieci miłości do szkoły i wiedzy. Teraz na dokładkę musiałby dodawać, iż wtłaczanie jak największej liczy młodych ludzi w jak najmniejszą powierzchnię budynku jest znakomitą metodą zwalczania koronawirusów.

Szczęściem dla ministra Piontkowskiego chodzą słuchy, że w ramach rekonstrukcji rządu MEN zostanie skomasowany z Ministerstwem Nauki i Szkolnictwa Wyższego. Jeśli to prawda, wówczas szczęściarz Piontkowski nie będzie kłopotać się, jakie procedury muszą obowiązywać w placówkach edukacyjnych podczas epidemii. Jaki powinien być zakres obowiązków dyrektorów? Jak powinni zachowywać się nauczycie podczas lekcji? Jak organizować lekcje w przepełnionych klasach? Jednym słowem - jak bezpiecznie nauczać?

Tym bardziej, że średnia wieku kadry nauczycielskiej mocno już przekracza czterdziestkę, co czyni z belfrów osoby podwyższonego ryzyka. Szczęściarza Piontkowskiego po komasacji ministerstw ominie konieczność obcowania z ciałem pedagogicznym i przekonywania go, że winno dla dobra młodego pokolenia ryzykować własnym zdrowiem i życiem. Zamiast tego minister będzie mógł po raz kolejny przedłużyć sobie trwające już od marca wakacje. No chyba, że znów wykaże się słabszym refleksem od partyjnych kolegów i nie zdąży w porę dać drapaka przed premierem szukającym „kozła ofiarnego”. Wówczas to na niego spadnie dopust Boży w postaci kierowania skomasowanym ministerstwem od nauczania wszystkich wszystkiego. Jednak na to nieszczęście jest prosta recepta. Brzmi ona – minister dla dobra obywateli ordynuje nauczanie zdalne do końca epidemii. Nawet jeśli miałoby to trwać nie następne półrocze, a kilka kolejnych lat. Dzięki czemu funduje on sobie jakieś dwa lata wakacji. Zupełnie jak tytuł starej powieści Juliusza Verne’a. Doświadczy ich także kilka milionów młodych ludzi.

A propos Verne’a, to był on niepoprawnym optymistą i w jego książce pozbawione edukacji, opieki oraz wpływu dorosłych dzieciaki potrafią zbudować całkiem sensowną społeczność. Jednak po doświadczeniach z pierwszej połowy XX w. sir William Golding, już nie potrafił się zdobyć na podobną beztroskę. Polemizując z Verne’m napisał „Władcę much”. Tam dzieci skazane na samodzielne wchodzenie w dorosłość tworzą świat przepełniony okrucieństwem. Odrzucając stopniowo cały dorobek zachodniej cywilizacji, który poznawały krótko i bardzo pobieżnie. Oczywiście nie musi być aż tak źle i koszty pandemii poniesie przede wszystkim młode pokolenie z wielką wyrwą edukacyjną w życiorysie. Jednak zawsze może ono kiedyś zechcieć jej sprawcom wystawić rachunek do zapłacenia za to okaleczenie. Najlepiej wówczas, gdy będą już starzy i bezbronni.