Scena pierwsza, sejmowe kuluary: znany z umiaru i niechęci do awantur poseł PiS dyskutuje z posłem PO o posiedzeniu komisji regulaminowej w sprawie uchylenia immunitetu Zbigniewowi Ziobrze. Jest oburzony z powodu nagłego przyspieszenia nakazanego przez Platformę i władze Sejmu w tej sprawie. W pewnej chwili mówi: "Ale powiedz, czy wy myślicie, że będziecie rządzili wiecznie? Że my nie wrócimy kiedyś do władzy, nieważne kiedy. Kiedyś wrócimy. I po tym, co wyrabiacie, będziemy jeszcze straszniejsi, jeszcze gorsi, jeszcze mniej czuli na krytykę. A nasi liderzy zrobią wam w Sejmie taką samą dyktaturę jak wy nam teraz".

Reklama

Scena druga, posiedzenie zarządu Platformy Obywatelskiej. Nastroje niewesołe, bo i sprawa sopocka, i pierwsze porażki w Sejmie, i opinia rządu mało na razie skutecznego. Donald Tusk wyjątkowo poważny. Jeden z posłów usiłuje rozładować atmosferę. Żartuje:

"Donald, po wyborach narzekałeś, że my się nie cieszymy ze zwycięstwa, wzywałeś do uśmiechu, optymizmu i mobilizacji. Więc wzywam teraz ciebie" - uśmiechnij się. Premier odpowiada: "Sorry, ale ta wersja już nie obowiązuje.

Warto te dwie sceny zapamiętać. Dobrze pokazują, jak obie partie siebie widzą. Jak partia Jarosława Kaczyńskiego staje się formacją wprost niemal z marzeń przeciwników – marzących i czerpiących korzyści z obskuranckich wypowiedzi jej przedstawicieli, z nadużywania języka ostatecznego, z budowania coraz to nowych sporów. Taki wizerunek Prawa i Sprawiedliwości jest dziś uznawany za niemal naturalny i oczywisty, nie tylko przez Polaków, ale i – co pokazuje scena pierwsza – także przez polityków tej partii. Gęba brzydkiej i brutalnej grupy, ta obskurancka maska staje się coraz bardziej twarzą właściwą, wrasta w skórę jak udany przeszczep.

Jarosław Kaczyński potrafi w czasie jednego wywiadu radiowego poświęcić piętnaście minut na wylewanie własnych żalów pod adresem innych mediów. I nie chodzi o to, by nie mógł o tym w ogóle powiedzieć. Ale on chyba naprawdę uznał, że szkoda czasu na sprawy ważne dla zwykłych ludzi. Tyle czasu głoszono, że zrobi wszystko dla władzy, że nie rozumie mediów, że teraz sam w to uwierzył. Nie potrafi już powiedzieć, że coś mu się nie podoba, że ma inny pogląd. O nie, wszystko jest haniebne, wszystko ma posmak zdrady ostatecznej i antynarodowej. I dlatego też można wszystko – choćby dzień po dniu sięgać po środki tak ostateczne jak bojkot, wyjście z sali, blokada i obstrukcja. To metody dozwolone, ale czy w sprawach do jakich ich użyto – choćby terminu głosowania komisji regulaminowej nad uchyleniem immunitetu Zbigniewowi Ziobrze – miały uzasadnienie? Można mieć bardzo poważne wątpliwości.

Gaz do dechy w każdej sprawie. A potem Kaczyński zapyta zdziwiony: ja radykał? Media znowu nakłamały. Trudno się zresztą dziwić skali przesady, do jakiej dzisiaj doszedł, bo ten proces trwa już bardzo długo, zaczął się tuż po wyborach prezydenckich.

Platforma przez wiele miesięcy wydawała się uodporniona na to niebezpieczeństwo. Dokonana po porażce 2005 roku dobrze przemyślana przemiana – polegająca na porzuceniu języka mówiącego o bolesnych reformach na rzecz obietnicy spokojniejszej polityki i zmodernizowanego państwa – przez długie miesiące opozycyjności wymuszała precyzyjną kontrolę nad wizerunkiem i działaniami. Przekaz miał być miękki i optymistyczny, a dyskusja z opozycją twarda, choć bez chamstwa. Kto się na tę transformację nie zgadzał, musiał z partii odejść.

Ale po wyborach coś się zacięło. Ogłoszona w październiku polityka miłości, choć, szukając ścisłości, wolałbym ją nazywać polityką z uśmiechem, powoli odchodzi w cień. Nikt już w PO nie potrafi odpowiedzieć spokojnie na zarzuty i wątpliwości czy to prasy, czy opozycji. Nikt nie chce już sięgać do arsenału miękkich środków polemicznych.

Powoli, pewnie, niezauważalnie dla samej siebie partia Donalda Tuska, a po części i on sam, zaczynają ujawniać cechy, które dzień po dniu przypisuje im opozycja. Stają się tacy jak z pisowskiej opowieści. Odpowiedzią na zarzut o lenistwo i nadmiar PR stają się kolejne konferencje prasowe i jeszcze więcej propagandy. Bo pomysł, że może by tak domknąć choćby kolanem i przesłać do Sejmu jakąś konkretną, dopracowaną ustawę, na przykład zdrowotną, nikomu nie przyszedł chyba do głowy. A jeśli przyszedł, to sami uwierzyli, że nie dadzą rady. Że mając do dyspozycji cały aparat państwowy i sympatię środowisk naukowo-intelektualnych, nie da się zrobić tego, co udawało się w opozycji: napisać dobrej ustawy.

Zmienia się także język i wrażliwość. Jak słyszę zacnego Antoniego Mężydło, który po przekroczeniu przez Janusza Palikota kolejnej granicy twierdzi, że „taka już jest natura Palikota, on działa nieświadomie”, to naprawdę zaczynam się niepokoić. Co takiego dzieje się w PO, że poseł Mężydło czuje się zobowiązany do takich wypowiedzi? Że tak bezrefleksyjnie autoryzuje zdania, których sam nigdy by z siebie nie wydobył?

A marszałek sejmu Bronisław Komorowski, jeszcze niedawno smakujący opinię o własnej kulturze osobistej i spokoju, czy nie słyszy już sam siebie, jak mówi, że bez opozycji lepiej by się obradowało? Gdy pytany o przyszłość mediów publicznych potrafi tylko powtarzać frazy o konieczności „zlikwidowania przechyłu propisowskiego”? I znowu – nie chodzi o to, że nie może mieć takiego osądu i takiej opinii. Ale o ten agresywny ton, o odwagę powiedzenia, że może i ustawa nie była dobra, ale przynajmniej gwarantowała depisyzację. Czy już tyko o to chodzi?

Niestety, wydaje się, że jest na ten proces przemiany przyzwolenie władz PO z samym premierem Tuskiem. Choć teza, że media – wszystkie w ogóle – traktują ten rząd najgorzej ze wszystkich dotychczasowych, brzmi jak żart, jest poważnie wyznawaną teorią przez wiele osób w centrum obecnej władzy. Najwidoczniej ktoś uwierzył w wizję opozycji – oto jesteśmy partią narcystyczną, oto kochamy się przeglądać w lustrze pochwał.

Ale proces, który zauważam, ma wpływ nie tylko na wizerunek obu splecionych w śmiertelnym uścisku partii, nie tylko na występy medialne ich przedstawicieli. To byłoby co najwyżej ciekawe. Sprawa jest dużo poważniejsza. Niezauważonej ewolucji podlegają także przekonania programowe i ideowe obu formacji. Platforma tak bardzo uwierzyła w głoszoną przez PiS tezę, iż tak naprawdę nie da się w Polsce bardziej obniżyć podatków, że to jest w gruncie rzeczy niepotrzebne, że nawet nie próbuje. Równie biernie patrzy, jak jej własny minister infrastruktury śpi, w czasie gdy trzeba walić młotem pneumatycznym, a jej minister zdrowia udowadnia, że w tym obszarze nie chodzi o nic więcej jak tylko o prywatyzację. PO tak długo słuchała, jak to w rzeczywistości nie chce żadnej lustracji, że postanowiła nie robić w tej sprawie nic, choć doskonale pamiętam, jak dzień po dniu jej przedstawiciele zapewniali: tydzień po objęciu władzy napiszemy dwuzdaniową ustawę o otwarciu archiwów i zamkniemy temat, z którym Polska zmaga się od 1990 roku.

Także dochodzące z obozu PO próby ukarania Instytutu Pamięci Narodowej za publikację książki „SB a Lech Wałęsa. Przyczynek do biografii” wpisują się w ten nurt. Jakby nieważne było, co jest dobre dla Polski i co jest mądre, jakby liczyło się tylko bycie antypisowskim. PiS mówi X, to my Y. A przecież czasem PiS może mówić dobrze, a czasem proste przeciwieństwo tezy głupiej jest równie bezsensowne jak teza pierwotna.

Program zmienia i PiS. Jeszcze w 2005 roku partia Jarosława Kaczyńskiego pamiętała o modernizacji, widziała komplikację wielu spraw. Dziś taktyczny początkowo sojusz z Radiem Maryja stał się sojuszem dla tej partii tożsamościowym. Pisowska obietnica wyrzucenia układów z wielu obszarów polskiego życia przerodziła się w praktykę polegającą w wielu miejscach na budowaniu układu własnego, na prostym przejmowaniu patologii III RP bez żadnej refleksji nad tym, co się w istocie bierze. Ważne jest tylko, czy coś jest „nasze” czy „ich”. Trudno dziś jasno powiedzieć, co PiS chce z Polską zrobić poza ostatecznym pokonaniem Platformy Obywatelskiej i utrzymaniem własnej siły. A już na pewno PiS przestał o tym opowiadać.

Oczywiście, nie zawsze i nie każdy przypadek sporu politycznego w Polsce ma taki charakter. Na przykład bój o tarczę antyrakietową ma inny, poważniejszy charakter. Ale życie publiczne w ogóle staje się coraz bardziej pustym starciem takiego PiS, jaki zawsze chciała mieć naprzeciw siebie PO, i takiej Platformy, o jakiej marzyli politycy PiS. I dlatego tak dobrze czują się w tych sporach. To staje się ich tożsamościami, to nadaje sens ich obecności w polityce. Ci z PiS są w niej po to, by wyeliminować tych z PO, a ci z Platformy chcą dorżnąć pisowskie „watahy”. Mowa ich staje się coraz prostsza. Świat traci barwy i staje się czarno-biały. A oni sami coraz bardziej mali.