Aktywistki postanowiły wzorować się na opozycji białoruskiej: powołano Radę Konsultacyjną, której zadaniem miało być uzupełnienie i doprecyzowanie postulatów, zaś akcje uliczne miały się odtąd odbywać raz w tygodniu (nie wiedzieć czemu, w poniedziałki). W składzie Rady znaleźli się m.in. były minister w rządach Donalda Tuska i Jana Krzysztofa Bieleckiego Michał Boni, działaczki opozycji demokratycznej w PRL Barbara Labuda i Danuta Kuroń czy związkowiec Piotr Szumlewicz.

Reklama

Mniej więcej w czasie, gdy mijał termin wyznaczony rządowi, zainteresowanie protestami w internecie – jak podawał serwis Polityka w Sieci – spadło do poziomu sprzed wyroku. Wyraźnie zmalała także frekwencja na protestach. Mimo braku konkretnych działań po stronie obozu rządzącego, które odpowiadałyby na oczekiwania uczestników jednego z największych ulicznych wystąpień ostatnich dekad, próba konsolidacji pospolitego ruszenia zakończyła się niepowodzeniem. Ostatnie ruchy OSK – rozpaczliwa próba otworzenia nowych pól konfrontacji z rządem i eskalacja żądań w połączeniu z zaangażowaniem do reprezentowania protestów zgranych twarzy obozu anty-PiS – przyniosły efekt odwrotny do zamierzonego i przyspieszyły demobilizację.

W niektórych przypadkach zaowocowało to sprzecznościami czy wręcz osuwaniem się w śmieszność, np. gdy niedawny członek rządu kojarzącego się z umasowieniem umów śmieciowych miał reprezentować postulat ich zniesienia. Okazało się, że przywódczynie protestów są pozbawione pokoleniowego i mentalnościowego kontaktu ze stanowiącymi ich główną siłę napędową wkurzonymi na rząd młodymi ludźmi. Marcie Lempart i Klementynie Suchanow bliżej w gruncie rzeczy do świata „zgredów” z Komitetu Obrony Demokracji. Niedawne przebąkiwania liderek OSK o strajku generalnym trafiły już, jak się zdaje, w całkowitą pustkę.

Awantura wokół aborcji osłabiła PiS, ale na razie niewiele wskazuje, aby straty były niemożliwe do odrobienia. Zwłaszcza jeśli, korzystając z pandemicznego zamieszania, rząd trwale zamrozi publikację kontrowersyjnego orzeczenia, unikając ostatecznie jego wprowadzenia do obiegu prawnego. Z sondaży można wywnioskować, że rozszerzenie zakazu przerywania ciąży nie spodobało się dużej części wyborców PiS, ale na dobrą sprawę w dalszym ciągu nie mają oni dokąd uciec. W efekcie znaczna ich część deklaruje brak udziału w wyborach.

Jedyną alternatywą dla wyborcy PiS okazała się Polska 2050 Szymona Hołowni – i to temu przede wszystkim należy przypisać sondażowe zyski tego ugrupowania po decyzji TK. Gdy emocje opadną, oba trendy – zarówno demobilizacja wyborców PiS, jak i poparcie dla partii Hołowni – mogą okazać się ulotne. To ostatnie ugrupowanie dostaje premię za świeżość i skuteczne lawirowanie między tożsamościami, ale z czasem utrzymanie tego kursu będzie trudniejsze, a udział w kolejnych sporach politycznych wymusi określanie się. Na dawnych wyborców PiS działać będą też obawy przed utratą socjalnych zdobyczy uzyskanych od obecnego rządu.

Beneficjentem ostatnich wydarzeń nie stała się, wbrew oczekiwaniom, Lewica, której poparcie utrzymuje się poniżej wyniku wyborczego sprzed roku. Wybudowanie na protestach politycznego kapitału utrudnia jej fakt, że choć ich głównym motywem był temat aborcji, demonstrujących nie łączy w tej sprawie pozytywna wizja, a rów dzielący obrońców kompromisu od orędowników liberalizacji pozostaje głęboki. Być może po części dlatego Lewica usunęła się w czasie protestów w cień, nie rywalizując z Lempart, jak przy okazji czarnych protestów z 2016 r., o przywództwo i koncentrując się na reprezentowaniu postulatów w parlamencie. Stagnacja notowań Lewicy może też oznaczać, że nie ma ona istotnego pola do popisu, bo większość leżących w jej zasięgu wyborców tożsamościowych jest już zmobilizowana. Jej poparcie może rosnąć w nieco dłuższej perspektywie, bo jej potencjalnym elektoratem jest radykalna młodzież, która dopiero czeka na uzyskanie prawa głosu.

Piętą achillesową Lewicy pozostaje zarazem trwała niezdolność do przyciągania elektoratu socjalnego wybierającego dotąd Zjednoczoną Prawicę lub niegłosującego. Wszystko to nie oznacza, że postępująca sekularyzacja i podskórna obyczajowa ewolucja nie odegrają w najbliższych latach istotnej roli politycznej. Ostatnie tygodnie pokazują, że paradoksalnie największym sojusznikiem środowisk, którym zależy na rozdziale Kościoła od państwa czy liberalizacji prawa aborcyjnego, będą oderwani od rzeczywistości radykałowie z prawej strony. Być może zamiast odwoływać Przemysława Czarnka, Zbigniewa Ziobrę, Krzysztofa Bosaka czy Jarosława Kaczyńskiego, feministki powinny prosić opatrzność, by dalej mieszała im zmysły.