To byłaby katastrofa. Dziś przez stację w Drozdowiczach na granicy polsko-ukraińskiej jest dostarczane do naszego kraju nieco ponad 7 mln m sześc. gazu na dobę. To
prawie połowa całego zapotrzebowania Polski. Gdyby nagle to źródło wygasło, natychmiast stanęłaby zasadnicza część przemysłu, w tym większość Śląska.
Trzeba powiedzieć jasno: nie da się sprawnie zarządzać gospodarką 40-milionowego kraju bez stabilnych dostaw energii. Dlatego w każdym układzie musimy liczyć się z bardzo poważnymi stratami. Na początku 2006 r., gdy tylko na trzy dni dostawy przez Drozdowicze zostały zmniejszone o 1/3, musieliśmy wstrzymać dostawy gazu aż na dwa tygodnie dla większości naszych zakładów chemicznych i dwóch głównych rafinerii: Płocka i Gdańska.
Teoretycznie nie. Dla nich dostawy gazu są odcinane w ostatniej kolejności. A 1/3 zużycia gazu w naszym kraju pochodzi z wydobycia krajowego. Jednak z powodów technologicznych w niektóre rejony
Polski, jak Mazury czy północno-zachodnia część kraju, gaz w ogóle może nie dochodzić. Przy słabszym ciśnieniu nie dociera do tzw. końcówek sieci. Wówczas gazu nie dostaje nikt. Tak
było na przełomie 2005/2006 r. Dochodziło do dramatycznych sytuacji. Musieliśmy np. ewakuować szpital w Węgorzewie, bo przy dużym mrozie nie dało się go ogrzewać.
To prawda. Zależnie od temperatury powinny starczyć na kilkanaście, kilkadziesiąt dni dostaw. Jednak znowu: z powodów technologicznych mogą one utrzymać zaopatrzenie tylko dla niektórych
odbiorców.
Ukraińcy nawet teoretycznie nie wezmą całego gazu przeznaczonego dla Europy. To 300 mln m sześc. na dobę, o wiele więcej, niż sami potrzebują. Wiedzą też, że za podkradnięcie mniejszej
ilości gazu będą musieli później zapłacić słone kary. Z drugiej jednak strony z powodu bardzo złego systemu pomiarowego w Europie Wschodniej trudno rozstrzygnąć, jaki dokładnie gaz
zużywają Ukraińcy: pochodzący ze swoich zapasów, z krajowej produkcji, czy właśnie podkradnięty z dostaw przeznaczonych dla Europy.
Rzeczywiście, poza mniejszymi państwami jak Czechy, Słowacja czy republiki bałtyckie, żaden kraj Unii Europejskiej nie jest tak bardzo uzależniony od Gazpromu jak my. Jest na to tylko jeden
sposób: podłączenie się do niezależnego od Rosji systemu produkcyjno-przesyłowego gazu, czyli systemu skandynawskiego. Siedem lat temu rząd premiera Buzka wynegocjował z Norwegami kontrakt na
budowę rurociągu, którym moglibyśmy importować gaz norweski. Wszystko było gotowe, ale rząd Leszka Millera zerwał porozumienie. Po odsunięciu od władzy SLD został ponownie zrobiony
pierwszy krok w tym kierunku. PGNiG przystąpił do konsorcjum, które będzie budowało nowe połączenie między Szwecją, Norwegią i Danią. Prace mają się zacząć pod koniec roku.
To pułapka. Wschodnie Niemcy są w całości zaopatrywane przez gaz rosyjski. Jeśli się podłączymy pod ten system i zakupimy nawet minimalną ilość gazu, aby ta inwestycje się opłacała, nie
będzie już miejsca na gaz skandynawski, który jest jedyną prawdziwą alternatywą. To zresztą niejedyna pułapka dla Polski. Inną jest unijny pakiet klimatyczny. Dziś 96 proc. naszej
elektryczności pochodzi ze spalania węgla. Ale w przyszłości będziemy musieli z tego zrezygnować, aby ograniczyć zanieczyszczenie środowiska. Jeśli przestawimy się na produkcję
elektryczności ze spalania gazu, nasza zależność od Rosji jeszcze bardziej się zwiększy.
Ależ tu nie chodzi o żadne dotowanie! Nawet przy cenie 250 dol. Rosjanie zarabiają kolosalne pieniądze na eksporcie gazu. Ale to stawka, która położy na łopatki ukraińską gospodarkę. Jest
dziesięć razy wyższa, niż płacą rosyjscy odbiorcy. A więc przedsiębiorstwa Ukrainy zupełnie stracą zdolność konkurowania z firmami z Rosji. A to są bardzo zintegrowane gospodarki. Co
więcej, od czasów Lenina niemal cała produkcja elektryczności na Ukrainie pochodzi ze spalania gazu. Jeśli go zabraknie, Ukraińcom pozostanie już tylko rąbać lasy!
*Piotr Woźniak, minister gospodarki w rządach Kazimierza Marcinkiewicza i Jarosława Kaczyńskiego