Nelly Rokita wkroczyła na polityczną scenę zaledwie dwa tygodnie temu - i od razu wystąpiła na niej w kilku rolach. Żona Jana, obrończyni praw kobiet, nóż wbity w serce Tuska i maskotka PiS. Ciekawe, która z tych ról jest jej autentycznym wcieleniem, a która czystą grą? Być może wyjaśni się to dopiero po wyborach. A może właśnie wtedy rola Nelly Rokity nie będzie już miała znaczenia.
Po pierwszych dwóch tygodniach w wielkiej polityce, w dodatku w ogniu kampanii, najbardziej prawdziwa jest wciąż rola żony. Zwłaszcza że zaskoczony jej decyzją polityczną mąż autentycznie zniknął ze sceny. By ocenić pozostałe grane przez Nelly postaci - ile w nich pasji, prawdy, determinacji i trwałych poglądów, potrzebuję trochę czasu. W tej chwili wszystkie wcielenia Nelly wyglądają jak chaos pod kapeluszem.
Jeżeli Nelly Rokita w przyszłości będzie sobie radziła ze sprawami kobiet tak jak z własnymi poglądami w tych najważniejszych debiutanckich tygodniach, to nie dokona niczego istotnego. Pozostanie najwyżej postacią zabawną. Śmieszność jest zresztą niewymuszona: wystarczy zderzyć Nelly Rokitę z Nelly Rokitą. W miniony czwartek Monika Olejnik na antenie TVN24 usiłowała wydobyć z niej kilka podstawowych poglądów. Jako polityk Nelly Rokita powinna je nosić w głowie i w sercu, a przynajmniej na sztandarach. Te wysiłki okazały się na tyle zabawne, że sama Nelly Rokita nie mogła ukryć uśmiechu. Nie wiem, czy śmiała się z zakłopotania, dziecięcej lub politycznej naiwności, czy po prostu dlatego, że lubi się uśmiechać, ale zapędziła się w kozi róg.
Jeżeli ktoś publicznie mówi, że w cywilizacji europejskiej prawem kobiety jest autonomiczna decyzja o przerwaniu ciąży, po czym kategorycznie zaprzecza jakoby kiedykolwiek popierał aborcję na życzenie kobiety, to paść może już tylko jedno pytanie: o co chodzi? Hipotez może być kilka: albo Nelly Rokita nie wie, co mówi, albo nie pamięta, co mówi, albo nie wie, co jej powiedzieć wolno. Żaden z tych wariantów nie wróży dobrze ani prawom kobiet, ani samej pani Nelly. Jakie są jej poglądy? Co chce zrobić jako doradca prezydenta do spraw kobiet? Jakie ma plany i projekty, skoro poglądy trudno ustalić?
Nelly Rokita na większość pytań odpowiada, że weszła do polityki po to, by walczyć dla kobiet i o kobiety. To bardzo dobrze. Tylko ja wciąż nie wiem, o co konkretnie chce walczyć, poza skutecznie wywalczonym, wysokim drugim miejscem na warszawskiej liście wyborczej dla samej siebie. To wciąż mało jak na pełnomocnika prezydenta do spraw kobiet. Starałam się uważnie słuchać jej wystąpień i usłyszałam niewiele: że Nelly Rokita chciałaby się spotkać z Donaldem Tuskiem w Warszawie, żeby zrobić coś dobrego. Że lewicy chce odebrać monopol na feminizm. Że pałac prezydencki to najbezpieczniejsze - bo najbardziej stabilne - miejsce w kraju. Może Nelly Rokita taka już po prostu jest? Może ma bawić, kokietować, łączyć? W końcu gdzie diabeł nie może tam, babę pośle... Tylko warto wiedzieć, z jakim zadaniem do wykonania.
Niech jak najwięcej kobiet reprezentuje kobiece sprawy w polityce. Ale niech to będą kobiety sprawne, konsekwentne i szczere. W szczerość Nelly Rokity nie miałam dotąd szansy uwierzyć. Zbyt dużo zrobiła fałszywych gestów, zbyt często jej marsz przebiegał według schematu: krok do przodu i dwa kroki do tyłu. Wciąż jestem pod większym wrażeniem zejścia ze sceny jej męża niż jej wejścia. Znacznie bardziej cenię jego pożegnanie - sama ciekawa jestem na jak długo - niż entuzjastyczne chwilami powitania jego żony. I wciąż nie mam wątpliwości: nie ma prostej politycznej wymiany - Nelly za Jana. Nawet równouprawnienie nie pomoże, mimo że tu Rokita i tam Rokita.