Parlamentarzyści PO nie będą mogli także wskazywać kandydatów do rad nadzorczych spółek z udziałem skarbu państwa - to szczegóły, do których dotarliśmy. Wszystko po to, by ograniczyć podejrzenia o korupcję czy faworyzowanie któregoś z regionów. Niesubordynacja ma być karana.

O nowych standardach pracy politycy PO dowiedzieli się w ostatni piątek, podczas spotkania klubu Platformy w warszawskim centrum multimedialnym przy ulicy Foksal. A spotkanie miało wyjątkowy przebieg: rozpoczęło się od prezentacji filmu CBA, który dokumentował przyjęcie łapówki przez byłą posłankę PO Beatę Sawicką. Po kilkuminutowej projekcji na sali zapadła cisza. "Już na spokojnie. Nie w ferworze walki przedwyborczej, ten film robi ogromne wrażenie. Wprowadza w zadumę" - opowiada Julia Pitera. "Wiele osób było poruszonych tym, że nawet przyzwoity człowiek może zostać aż tak zmanipulowany, w tym przez służby specjalne, że kończy się to osobistym dramatem i naraża na szwank wizerunek partii" - wtóruje Zbigniew Chlebowski, szef klubu PO. Dodaje, że właśnie dlatego jego partia chce już na początku kadencji określić takie standardy pracy, aby nie dopuścić do podobnych sytuacji w przyszłości. "To są poważne zagrożenia i należy o nich mówić. Nowe reguły w formie dokumentu trafią do wszystkich naszych parlamentarzystów. A skoro są to zasady, to pod groźbą kary będzie trzeba ich przestrzegać" - zapewnia Chlebowski. Zaznacza, że nowy system ma zapobiegać nie tylko korupcji, ale też podejrzeniom, że ministrowie pracują pod dyktando posłów i np. faworyzują określone województwa.

O relacje z parlamentarzystami zapytaliśmy Jerzego Steinhoffa, który przez cztery lata był ministrem gospodarki w rządzie Jerzego Buzka. "To prawda, że posłowie chcąc uniknąć pisania interpelacji czy zapytań, za wszelką cenę starają się dotrzeć bezpośrednio do ministra. Pamiętam, że po nominacji mieszkałem w hotelu sejmowym. Po dwóch tygodniach musiałem się z niego wyprowadzić, bo już od siódmej rano ustawiały się pod drzwiami kolejki posłów. Takie sytuacje mogą budzić oczywiście podejrzenia - mówi Steinhoff. Natychmiast zaznacza jednak, że poseł ma obowiązek interweniować w sprawach, które dotyczą jego okręgu wyborczego.
"Ale ma to być interwencja formalna i jawna, a nie załatwianie spraw na tzw. gębę. To jest mentalność postpeerelowska, z którą trzeba skończyć" - odpowiada mu zdecydowanie Julia Pitera z PO. Przyznaje, że bardzo dziwiły ją wypowiedzi Janusza Maksymiuka z Samoobrony, który przyznawał się do tego, że osobiście interweniował u Leppera w rożnych sprawach. "Nie można pozwalać na to, że ktoś wykorzystuje swój mandat i fakt, że jest członkiem partii rządzącej. Z moich obserwacji wynika niestety, że wielu ludzi ulega magii władzy" - dodaje Pitera.

Może być jednak kłopot z wyegzekwowaniem tego regulaminu, na co zwraca uwagę Steinhoff. "Intencje oceniam dobrze, ale przed korupcją należy zabezpieczać się, dobierając właściwych ludzi" - mówi Steinhoff.

Jan Dziedziczak, były rzecznik rządu, teraz poseł PiS, wskazuje na jeszcze jeden aspekt. "Spotkania posłów z ministrami są tak częste, że bardzo trudno będzie sprowadzić ich kontakty na tak oficjalną drogę. Będzie trudno, ale niech próbują" - mówi Dziedziczak.



Pułapka antykorupcyjnych pomysłów


Anna Marszałek, zastępca szefa działu śledczego DZIENNIKA

Bardzo dobrze, że Platforma Obywatelska nie odpuszcza tematu korupcji i wyciąga wnioski ze sprawy Beaty Sawickiej. Ale pomysł zakazu kontaktów własnych posłów z własnymi ministrami to przesada. W dodatku niemożliwa do wyegzekwowania. Chyba że PO chce puścić po jednym agencie CBA za każdym własnym posłem i ministrem. Agentów CBA by zresztą zabrakło, bo chyba tą samą procedurą objęto by koalicjantów z PSL. A jak ktoś zechce coś załatwić, to i tak znajdzie sposób na dojście do resortu. Mało to jest różnych współpracowników i asystentów ministrów i wiceministrów, którzy dzień i noc mają sztywne łącze z szefem?


Reklama

Żeby mieć dojścia do jakiegoś resortu nie trzeba koniecznie osobiście rozmawiać z ministrem. Także parlamentarzysta nie musi osobiście załatwiać czegoś z kolegą z rządu, żeby zadziałać skutecznie. Na przykład Aleksander Gawronik, kiedy lobbował w parlamencie za własną koncepcją ustawy o zwrocie podatku VAT dla cudzoziemców, wprowadził na posiedzenia komisji reprezentantów rzekomego Stowarzyszenia Kupców Łódzkich. Organizacja nikomu nie wydawała się podejrzana, a w rzeczywistości zasiadali w niej wyłącznie współpracownicy Gawronika i opowiadali się za jego rozwiązaniami.

Prawo i Sprawiedliwość postawiło w programie i kampanii medialnej na walkę z korupcją. Skuteczność ich działań jest słusznie kwestionowana, podobnie jak metody Centralnego Biura Antykorupcyjnego. Ale niewątpliwie w przekonaniu społecznym PiS z korupcją walczyło. Platforma nie chce robić tego w taki sam sposób, ale nie musi wyważać otwartych drzwi. Skuteczne rozwiązania antykorupcyjne są już wymyślone. Najmniej łapówek wręczanych jest w krajach skandynawskich nie dlatego, że zakazują kontaktów ze sobą swoim politykom albo że rozbudowują ponad miarę liczbę służb specjalnych i policyjnych do ścigania ludzi o lepkich rękach. Tam najlepszą prewencją okazała się przejrzystość przepisów i jawność podejmowania wszelkich decyzji. Zamiast więc zakazywać lobbowania posłowi za przysłowiowym już peronem we Włoszczowie, niech raczej Platforma wprowadzi zasadę obowiązkowego publicznego ujawniania spraw, w których on interweniuje. Zamiast kazać się spowiadać ministrowi, o czym szeptał z posłem na sejmowym korytarzu, lepiej ograniczyć prawa urzędnika. Niech żadne pozwolenie czy koncesja nie zależą od jego widzimisię, ale od jasnych i publicznych kryteriów, które trzeba spełnić by je dostać. Intencje Platformy są zrozumiałe. Chce pokazać, że wyciągnęła wnioski ze sprawy Beaty Sawickiej, która obiecywała nawet sprywatyzowanie prywatnych już szpitali, powołując się na polityków PO.

Ale rozwiązania, które ta partia chce zaproponować, mogą przynieść skutek odwrotny niż ograniczenie płatnej protekcji i korupcji. Tylko teraz różni podejrzani pośrednicy, którzy jak zawsze to robili, nadal będą powoływać się na ministrów i podniosą stawki. Dodatkowe 15 procent kontraktu "z powodu wewnątrzpartyjnych utrudnień w kontaktach".