Jak się wstępnie orientowałem, może to być od 200 tys. do pół miliona złotych.
Tak. I to w najdroższym czasie antenowym, tzw. prime time, czyli przed lub po głównych programach informacyjnych, "Wiadomościach", "Faktach" i
"Wydarzeniach".
Nie wiem. Zastanawiam się nad celem takiego orzeczenia. Zasądzenie takiej sumy tak naprawdę oznacza przecież orzeczenie wobec mnie konfiskaty majątku i zabranie dorobku całego życia. Nie
jestem człowiekiem specjalnie zamożnym. Zarabiam na rękę ok. 6,5 tysiąca złotych. Nie mam odłożonych takich pieniędzy. A przecież dla sądu było jasne, że informacja o wyroku w pierwszej
i drugiej instancji zostanie podana przez wszystkie media, więc także telewizje i dotrze do zainteresowanych.
Żeby wyłożyć takie pieniądze, musiałbym chyba sprzedać mieszkanie.
Formalnie mam na to 14 dni od uprawomocnienia się wyroku. Z tym że czekam na pisemne uzasadnienie wyroku, by złożyć od niego kasację do Sądu Najwyższego. Będę też jednocześnie prosił
sąd apelacyjny o wstrzymanie wykonania tego wyroku. Bo liczę na to, że Sąd Najwyższy dokona jeszcze raz oglądu całej sprawy i oceni, czy przekroczyłem wolność słowa i czy wyrok de facto
konfiskaty majątku za rzekome powiedzenie paru słów za dużo jest adekwatny.
Do tej pory sąd w Krakowie miał zwyczaj wstrzymywać tego typu rozstrzygnięcia. Mam nadzieję, że także wobec mnie nie będzie tu jakiegoś kolejnego precedensu. Na razie wystarczy, że
zostałem potraktowany wyjątkowo, jeśli chodzi o tę uciążliwość finansową zamieszczenia przeprosin. Nie zdarzyło się dotychczas, żeby nawet wielkie koncerny medialne dysponujące
gigantycznymi pieniędzmi musiały aż tyle płacić w związku z przegranymi procesami, a co dopiero jakakolwiek osoba fizyczna.
To będzie sprawa precedensowa. Jeśli za słowo można będzie mi zabrać cały majątek, to tego samego powinni się obawiać wszyscy, w tym zwłaszcza dziennikarze i politycy. Bo rozumiem, że nie
będzie tu chodziło o zniszczenie jednego człowieka, czyli mnie, ale będzie to wykładnia dla innych sądów orzekających w sprawach o ochronę dóbr osobistych. Czyli mówiąc wprost wyznaczenie
nowej linii orzecznictwa.
Wiele osób namawia mnie, abym rozpoczął publiczną akcję zbiórki pieniędzy. Mogłaby ona służyć dyskusji nad kondycją naszego wymiaru sprawiedliwości. Sąd uznał że dr G., zostawiając
sześciocentymetrową gazę w sercu człowieka, nie spowodował jego śmierci, a nawet nie zaszkodził jego zdrowiu! To, że biedny człowiek ostatecznie umarł, to zdaniem sądu przypadek i sprawę
umorzył. Pomijając liczne inne zarzuty wobec dr. G., sprawa daje do myślenia. Inny sąd bowiem uznał, że de facto należy skonfiskować mój majątek, bo powiedziałem o zdanie za dużo o
doktorze G. Osoby publiczne w ferworze debaty i wystąpień zdarza się, że balansują na granicy wolności słowa. Zatem tak horrendalnie surowe orzecznictwo sądów może debatę publiczną i
wolność słowa sparaliżować. Politycy, dziennikarze i inni ludzie, będą się bali wyrażać własne zdanie, bo będą mogli stracić dorobek życia.
Do tej pory nie występowałem do nich o taką pomoc.