Za kilka dni wejdzie w życie ustawa, która da premierowi możliwość odwołania pana ze stanowiska. Stresuje się pan?
Jerzy Miller: Nie bardziej niż zwykle. Śpię dobrze. Z odwołaniem liczyłem się od momentu, gdy zacząłem pełnić funkcję szefa NFZ.
Zarządzenie, które pan przygotowuje, by umożliwić wypłaty podwyżek dla pracowników służby zdrowia, poróżniło pana i wiceministra
Piechę.
To dopiero projekt zarządzenia. Jeśli ministerstwo je krytykuje, to ja tego nie rozumiem.
Czy są pieniądze, aby wszystkim pracownikom służby zdrowia od października podwyższyć płace o 30 proc.?
Pieniądze na podwyżki są. Dyrektorzy oddziałów wojewódzkich NFZ już mogą przygotowywać nowe umowy ze szpitalami i z przychodniami.
Jak pieniądze trafią do pracowników służby zdrowia?
Ja odpowiadam za to, żeby od 1 października NFZ zwiększył kwotę kontraktów. Natomiast nie
odpowiadam za to, jak pracodawcy wypłacą pieniądze pracownikom.
Czy nie ma ryzyka, że zmniejszy się liczba usług medycznych dla pacjentów?
Staramy się, aby tak się nie stało.
Dlaczego PiS chce pana odwołać?
Nigdy nie miałem okazji rozmawiać z PiS, więc nie wiem.
Za pana prezesury nie było spektakularnych sukcesów. Rejestr Usług Medycznych, w którym każdy może sprawdzić, jakie usługi sfinansował mu NFZ, udostępnił pan
pacjentom dopiero kilka dni temu. Pana oponent Andrzej Sośnierz mówi, że za późno.
Służba zdrowia to poważna sprawa, nie ma miejsca na fajerwerki czy gadżety. Tu trzeba pracować spokojnie, krok po kroku. Ja mam zapewnić pewność leczenia na najwyższym poziomie. Uważam, że
tych, którzy pokazują fajerwerki, trzeba się wystrzegać. Jeśli chodzi o RUM, to czekaliśmy dwa i pół roku po to, by zebrać do niego informacje. Gdybyśmy go udostęnili,
gdy infomacji jeszcze w nim nie było, nic by to nie dało.
Ale ludzie nie są zadowoleni m.in. z powodu patologii służby zdrowia: kolejek, łapówek. Domagają się bardziej zdecydowanych rozwiązań.
Tego nie da się
zrobić gwałtownie. Z moich informacji wynika, że kolejki są coraz krótsze. A łapówki są możliwe, bo zasady dostępu do usług medycznych nie są oczywiste.
Wprowadziliśmy listy oczekujących, ale ciągle nie są one solidnie prowadzone.
Czemu pan nie alarmuje o patologiach, czemu nie stara się tego zmienić?
Ma pani prawo być niecierpliwa, ale gdy np. chcieliśmy skrócić kolejki i dać
dodatkowe pieniądze tam, gdzie są najdłuższe, natrafiliśmy na inną barierę. Bo problem nie w tym, że nie ma pieniędzy, tylko w tym, że nie ma kto leczyć. Z tego powodu nie możemy np.
przeprowadzić profilaktycznych badań onkologicznych. Ale to już problem, którego rozwiązanie nie zależy ode mnie.
Ale może pan informować o tym rządzących. A pan się nie komunikuje ani z PiS, ani z rządem.
Pani inaczej niż ja rozumie funkcjonowanie administracji. Ja w sprawach, o których rozmawialiśmy, jestem zobowiaząny kontaktować się z Ministerstwem Zdrowia.
Mimo wszystko jestem optymistą. Rozwiązaliśmy problem regularnego płacenia szpitalom i przychodniom, problem zadłużenia wobec Skarbu Państwa. Dzięki temu dziś możemy mówić o
podwyżkach.
Dlaczego odmówił pan premierowi Marcinkiewiczowi, gdy pierwszy raz prosił pana o dymisję?
Rozmowa między nami nie dotyczyła kwestii, o jakich pani mówi, ale zostawię to dla siebie.
Ale pan konsekwentnie nie chciał ustąpić, także wtedy, gdy wnioskował o to minister Religa.
Wniosek był skierowany do Rady NFZ, a nie do mnie. Rada postanowiła, że
zostaję. To wszystko.
Dlaczego, gdy znalazł pan pieniądze na podwyżki, nie poinformował pan premiera, zanim pan to ogłosił?
Ja nie informuję premiera, tylko ministra zdrowia. Był pełen przepływ informacji między mną a Ministerstwem Zdrowia.