"Od razu mówiłem, że amnestia będzie podpisana we wrześniu" - mówi Giertych. Nie interesuje go, czy maturzyści zdążą złożyć dokumenty na wyższe uczelnie. "To zależy, na kiedy uczelnie wyznaczyły terminy. Nie jest to sprawa ministerstwa" - ucina minister edukacji. Nie widzi, że swoim zaniedbaniem zablokował 50 tys. maturzystów drogę na studia.
Zwodził ich od dwóch miesięcy. 15 lipca zapowiedział, że maturzyści, którzy oblali jeden z trzech przedmiotów, otrzymają świadectwo dojrzałości, pod warunkiem że zaliczyli wszystkie przedmioty w 30 proc. Obiecanki cacanki! Uczniowie matur do tej pory nie zobaczyli. Głośno zaprotestowali, a dzisiejszy "Fakt" wytknął ministrowi lenistwo.
I słusznie! Bo maturzystom się spieszy. Jeśli szybko nie dostaną świadectw maturalnych, nie zdążą zapisać się na państwowe uczelnie, które i tak zorganizowały dodatkową rekrutację. Przez opieszałość ministra maturzyści i tych terminów mogą nie dotrzymać i pozostanie im nauka na uczelniach prywatnych. A tam będą musieli płacić za naukę nawet po kilkanaście tysięcy złotych.