"Bardzo poważnie rozważam powrót do rządu. Decyzja musi być szybka i taka będzie. Zajmie mi najwyżej kilka dni" - powiedziała Zyta Gilowska w wywiadzie dla TVN24.

Przyznała, że właśnie zapoznaje się z tomami projektu budżetowego na przyszły rok, który dostała od premiera. "Afera z lustracją wyjęła mi trzy miesiące z prac nad tym projektem i teraz zapoznaję się ze stanem faktycznym" - dodała. Pani profesor z właściwą sobie ironią odniosła się do planów Andrzeja Leppera, który chce dodatkowych pieniędzy dla rolników, pomimo tego że w kasie państwa ich nie ma. "Ludziom Bóg dał rozum, żeby się nim posługiwać, a nie wygłupiać" - powiedziała.

Według niej gospodarka i finanse są w tej chwili w bardzo dobrym stanie. "Wypłacę nagrodę z własnej szkatuły każdemu, kto udowodni, że, kiedy byłam wicepremierem i ministrem finansów, podjęłam jakąś szkodliwą dla finansów państwa decyzję" - rzuciła z uśmiechem Gilowska.

Wygląda na to, że pani profesor jest bliska jednak, żeby powiedzieć Jarosławowi Kaczyńskiemu "tak". Gdyby było inaczej, najprawdopodobniej nie powiedziałaby, że chce widzieć jako swojego zastępcę w Ministerstwie Finansów obecnego szefa tego resortu, Stanisława Kluzę. "Kluza będzie wiceministrem, jeśli się zgodzi i ja się zgodzę" - dodała.

Z pewnym zmieszaniem przyznała jednak, że rodzina, a szczególnie mąż, nie chce, żeby wróciła do rządu. "On był dla mnie największym wsparciem podczas lustracji i - jak każdy mąż - woli, żeby jego żona siedziała po prostu w domu" - powiedziała Gilowska.

Zapowiedziała również złożenie apelacji natychmiast po tym, jak sąd przyśle pisemne uzasadnienie wyroku lustracyjnego. "Najbardziej zabolało mnie, że sąd nie dał wiary moim słowom, żadnemu wątkowi, a nawet stwierdził raz, że kłamałam" - mówiła profesor. Zasugerowała również, że meldunki SB, które znajdują się w jej aktach, mogły zostać sfałszowane i powstały całkiem niedawno.