Platforma pierwsza rzuciła rękawicę braciom Kaczyńskim. Nie mając większości w Sejmie chce wymusić na politykach PiS nowe wybory, pokazując swoją siłę na ulicy. Politycy PO liczą, że w Polsce dojdzie do powtórki scenariusza węgierskiego - gwałtownych manifestacji antyrządowych. Nic z tego jednak nie wyjdzie. - "Platforma zaspała. Trzeba było zrobić manifestację w zeszły weekend, kiedy emocje były dużo większe" - mówi DZIENNIKOWI politolog dr Marek Migalski.
Wyzwanie ze strony Tuska przyjął premier Jarosław Kaczyński, który pojawi się na wiecu pod warszawskim Pałacem Kultury. Wszystko wskazuje na to, że będzie to powtórka z
zeszłotygodniowego mityngu PiS pod stocznią gdańską. Kaczyński, który od chwili objęcia fotela szefa rządu unikał ostrego języka, w Gdańsku zmienił ton mówiąc, że oponenci rządu są
dziś tam, gdzie kiedyś stało ZOMO. Niewykluczone, że równie twarde słowa pod adresem opozycji padną dziś w Warszawie.
W najbardziej dramatycznej sytuacji jest LPR. Partii ubywa zwolenników i działaczy. Sobotni Marsz Białej Róży jest dla LPR rozpaczliwą próbą walki o przeskoczenie pięcioprocentowego progu
wyborczego.
Mieszkańcy stolicy nie okazywali wczoraj większego zainteresowania manifestacjami. Wygląda więc na to, że w starciu wygra ten, kto lepiej zorganizuje transport swoich sympatyków do Warszawy - pisze DZIENNIK.
Manifestacje oznaczają też ryzyko dla wszystkich organizatorów. Dla PO niebezpieczeństwem są próby podłączenia się do manifestacji różnych ugrupowań lewicowych - od anarchistów i środowisk gejowskich po młodzieżówkę SLD i SdPl. Ryzykiem dla PiS są za to burdy i awantury uliczne. Jeśli do nich dojdzie, obciążą konto Kazimierza Marcinikiewicza, który zezwolił na tyle manifestacji. LPR najbardziej ryzykuje słabą frekwencją. Może się okazać, że dla wyborców prawicy bardziej atrakcyjny będzie wiec PiS niż marsz z Romanem Giertychem - analizuje DZIENNIK.